Arystokratka na królewskim dworze czyli niczego sobie ta piąta część

Aristokratka u královského dvora

Kolejna pozycja z sagi rzeczywistego kasztelana Evžena Bočka – Arystokratka na królewskim dworze – zdaje się trzymać kurs wyznaczony przez poprzedniczkę. I nie idzie o treść, choć obie fabuły trochę o siebie pewnym dość przypadkowo odkrytym na zamku Kostka obrazem Rembrandta zahaczają. Bardziej łączy za to te książki zupełnie nowy dla autora teren. Sam zamek i jego samodestrukcja w ramach symbiozy szajbniętej służby i amerykańskich spadkobierców, doczekała się bowiem mocnych wątków pobocznych. Zresztą z tym Bočkem tak chyba już będzie, bo po dotychczasowych ośmiu latach od pierwszej części zbioru, będzie pewnie z kolejnych szesnaście. Jedne będą dobre, inne wyznaczą okres długiej posuchy, a potem znowu coś się nadarzy.

Tym razem zdarzyła się całkiem udana dwójka, bo Arystokratka i fala przestępstw na zamku Kostka, czy najnowsza z całej serii Arystokratka na królewskim dworze reprezentują dość podobny poziom. Może dałbym malutkiego plusa tej pierwszej, ale cały czas nasza dzisiejsza lektura jest warta zachodu.

Arystokratka na królewskim dworze  w jednym mocno się różni – powrotem głównej bohaterki Marii. Ta staje się uzupełnieniem dla dalszych losów Portretu służącej Rembrandta, który po powrocie do prawowitego właściciela, staje się asumptem do zaproszenia Kostków do Hagi na dwór królowej Beatrycze.

Potem Evžen Boček już rozpędza swój fabularny zderzacz hadronów. Barwność paraboli, pikantne dialogi, trochę stary schemat na czele z nestorem rodu – znanym harpagonem przykutym do sejfu –   orzechówką używaną do dezynfekcji, czy antydepresantami konsumowanymi masowo na każdej szerokości geograficznej owego zamku. Ten zatem schemat –w żaden sposób nienadużywany – rozpoczyna perypetie organizacyjne Marii przy wyjeździe do Hagi.

Gdyby odjąć humor powstałaby trzymając eufemistyczne ramy rodzina dysfunkcyjna. Tu Boček jednak w charakterystyczny dla siebie sposób dosmacza styl milionem gagów. Jest stary dobry Darth Vader, znajdzie się miasteczko Twin Peaks, Józef palnie o Holandii na mapie Niemiec(tej z 42 roku), a Pani Cicha dorzuci tuzexową migawkę. Do tego jeszcze wszystko przypudrował epizodem miłosnym, dla mnie nazbyt rozmiękczającym tempo fabuły i oddał czytelnikowi. Wynik z całości wyszedł w każdym razie nadspodziewanie dobrze.

Z innych wpisów polecamy: Dekameron 2000 czyli miłość w Pradze Vladimíra Párala, Nekompromisně czyli Iva Procházková z kapitalnym thrillerem politycznym, Non-stop lahůdky czyli uśmiechnięty Mirek Krobot z kapitalną filmowo-życiową pointą, Restaurace Severka i Dycky Most czyli czeski odpał na całego, Marta Kubišová czyli dość smutna historia.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz