Zagraj mi na drogę czyli najsłabsza z całej kryminalnej trylogii

Doteky zabitých

Zagraj mi na drogę – nowy tytuł jednej z bardziej przez nas cenionych czeskich autorek kryminałów – to ciąg dalszy zekranizowanych jakiś czas temu przygód majora Holiny. I tu i tam, na wizji i na kartach książki króluje ezoteryka opisu, gdy astrologia, przewodni motyw miłosny głównego bohatera, wraz z licznymi drobiazgowymi introspekcjami, rodzą bardzo solidną literaturę. Skądinąd zresztą Iva Procházková ma rzadką dziś cechę wśród współczesnych autorów vide: nie brakuje jej fabularnych pomysłów. Niby nic, a czytelnik wobec konkurencji, której rzeczonego brakuje, sporo wybaczy. Ponieważ do tego dwie poprzedniczki perypetii słowackiego kryminalnego Holiny: Roznegliżowane i Mężczyzna na dnie – obie trzymały poziom gatunku – kupno Zagraj mi na drogę było oczywiste.  

I tu nastąpił niestety kres, bowiem wciąż trochę egzaltowana astrologia  i romans głównego bohatera z żoną niepełnosprawnego kolegi, wyczerpały potencjał kontynuacji. Owszem Zagraj mi na drogę wprowadza novum umocowane w dobrej znajomości tematyki muzyki klasycznej i praskiego Rudolfinum, jednak dla efektu świeżości to zbyt mało. Mamy ostatecznie więc ponad dwieście stron analiz związków, sporej wiedzy muzycznej, starych kotletów damsko-męskich i brak widoków na przyszłość. Gdzieś po tym czasie następuje przełamanie, gdy jad znajdujący się na będącym narzędziem zbrodni klarnecie nie gmatwa niezrozumiale uwagi widza, a całość przyśpiesza.  Niejasne przy tym jest dłużące się szukanie motywu wokół seksualnych i zawodowych perypetii pierwszej z ofiar.

Szczęśliwie dla czytelnika Olga Brandejsová – pierwsza ofiara – otwiera pulę zamordowanych i gdy tychże mamy trzy, fabuła ”rusza z miejsca”.   Wychodzimy poza kuluary Rudolfinum, każda kolejna zbrodnia poszerza perspektywę, a całość wydaje się żwawsza.

Tak więc nie ujmując przesadnie trzeciej części naszej trylogii jako oddzielnej całości, dla czytelnika mającego za sobą dwie poprzedniczki, Zagraj mi na drogę nie satysfakcjonuje. Trochę to wygląda na scenariusz do jednego z odcinków, którego nie zganimy, ale też nie będzie zapamiętany na dłużej. Gdy na domiar złego zestawić całość z politycznym thrillerem Nekompromisně, gdzie Procházková znajduje pojemną geopolityczną przestrzeń wypełnioną konfliktem pokoleniowym, nasza dzisiejsza pozycja przepada z kretesem.

Na koniec jeszcze uwaga dotycząca jednej z figur w książce. To Urszula Konopacka, członek filharmonii obdarowany swoim życiem prywatnym, relacjami z toksyczną matką i miejscem na kartach książki. W sumie rzecz bez znaczenia.  Kiedy zestawić ją jednak z całą serią niewybrednych i głupich wzmianek o Polsce w Czechach, budzi ciekawość. A może to po prostu dowód klasy autorki Zagraj mi na drogę, niepowtarzającej naznaczonych nomenklaturą Agrofertu klisz.

Z innych wpisów polecamy: Karel Gott czyli jak być modelowym oportunistą, Non-stop lahůdky czyli uśmiechnięty Mirek Krobot z kapitalną filmowo-życiową pointą, Czerwona szopa Oty Hofmana czyli o pewnej szopie, której w ogóle nie było, Czeska telewizyjna jesień filmowa czyli ujdzie tym razem.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz