Rybia krew Jiřího Hájíčka czyli pozycja bez wad właściwie

Rybia krew Jiřího Hájíčka
0

Rybia krew Jiřího Hájíčka złożona z ludzi,  ich historii, ale też zjawisk mogących nie mieć miejsca i czasu, zdobyła bardzo szybko moje czytelnicze serce. Zresztą jeszcze dobre wspomnienia towarzyszyły mi w związku z późniejszym w dorobku autora, a wcześniejszym dla mnie Zaklinaczem deszczu. Czułem od początku pisarski rytm Jiřího Hájíčka  „wałkoniącego się” z fabułą i cieszyłem się z każdą stroną coraz bardziej. Gdy przy tym nazbierałem tych stron odrobinę więcej, przekonałem się o niewątpliwej wyjątkowości tej książki.

Trudno tu mówić o pierwszym planie, trudno mianować Hanę, główną bohaterkę Rybiej krwi, jej istotą, bowiem wydaje się ona jedynie linią dla całej melodii tej książki.  Lata osiemdziesiąte, nadchodząca dorosłość i trzy zgrane dziewczyny w wiejskiej scenerii południowych Czech. Nad tym jednak zawisa rzucona informacja o planowanym zatopieniu wsi celem zrobienia miejsca dla atomowych celów przyszłej elektrowni Temelín. Hana zaczyna drążyć sprawę, ospały ojciec ze swoją domową dyktaturą nie dopuszcza do uszu młodych żadnych treści, krnąbrny syn strzela co raz młodocianą arogancją, a czas płynie. Realizuje się powoli przeznaczenie tego skrawka ziemi, a polityczny żywioł  umiejętnie to rozgrywa.

Hana, niedoceniana przez ojca werwa damskiej osobowości, to jeden z tych kobiecych fenomenów znajdujących w sobie siłę dla rzeczy straconych. Wierzy, drąży skałę politycznej obojętności, a przecież obok mija jej najlepszy życiowy czas. Gromadzi ludzi, w tym tę grupkę starych niedających się przesadzić ludzi-drzew, gdy korzenie wryły się zbyt głęboko, a budziejowickie blokowisko to dla nich żadne rozwiązanie.

Bez niej nie istniałaby Rybia krew, ale też  nie istniałaby bez polityki, domowych międzypokoleniowych toksyczności, powrotu po latach, szczątków historii czy całych historii budujących umiejętnie tę prozę. Hájíček się nie śpieszy, ucieka od liniowych planów, gdzieś wchodzi w środek domowego piekła, by gdzieś indziej wątki pozostawiać same sobie. Jest głęboki i czuły w swoim stosunku do ziemi, umiejętny w wielu życiorysach prowadzących fabułę, pojedynczo pewnie mało ciekawych, razem stanowiących o sile Rybiej krwi.

Coś pewnie mógłby zostawić, coś z tego wielopoziomowego epitafium dla ziemi mógłby napisać lepiej, ale rezultat i tak imponuje. Hájíček czerpiąc merytoryczną wiedzę ze swej urzędniczej pracy wie dlaczego i co chce przekazać. Na końcu zaś raczy nas pozycją, jeśli nie wybitną, to już znakomitą bez cienia wątpliwości. Autorski spokój, świadomość, gdzie i po co,  i te setki gałęzi-wątków razem nie dających się przerwać i uzupełniających ten najważniejszy główny plan budzi mój szacunek.

Z innych recenzji zapraszam do przeczytania Przedawnienie Jiřího Březiny czyli jedynie sympatyczne 277 stronMacochaPetry Hůlovej czyli dzieje kury nioski od  harlequinówZostańcie z nami Marka Šindelky czyli osiem opowiadań w bezruchuOta Pavel czyli Jak Tata przemierzał Afrykę,  Ivana Myšková czyli Białe zwierzęta są bardzo często głucheGottland czyli nie wiem co o tym Szczygle myśleć, oraz Český ráj Jaroslava Rudiša czyli sauna i szesnaście wynurzeń szesnastu męskich tyłków.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz