Hastrman czyli całkiem zasłużone cztery czeskie lwy

Hastrman według prozy Miloša Urbana
0

Hastrman to z całą pewnością spośród wszystkich laureatów Czeskich Lwów 2019 film najbardziej wart osobnego wpisu. Już nie idzie o to, że wspólnie z Všechno bude pozbawił w temacie statuetek Tomana złudzeń. Hastrman mimo że niepozbawiony wad, jest przede wszystkim powiewem pewnej świeżości i nowym teren godnym eksploracji w zużywającej się czasami formule czeskiego kina. Warte uwagi są również debiuty, fenomenalnego Karla Dobrýho w roli pierwszoplanowej i Ondřeje Havelky w roli reżysera i scenarzysty. Karel Dobrý to oczywiście dosyć zgrany aktorski ksicht średniego pokolenia, ale duży ekran z główną rolą przygarnął go dopiero pierwszy raz. Fakt ten cieszy, bo cała chmara epizodycznych zagranicznych ról, sporo uwarunkowanych fizjonomią ról serialowych, i nietuzinkowa, i równocześnie burzliwa kariera teatralna, każe nam nań spojrzeć z należytą mu uwagą. Być może oczywiście StB-acki odcinek Vypravěj, tudzież liczne szwarccharaktery, metaliczność, sardoniczność, liryczność i – Bóg wie co jeszcze – to wiele, ale kino to jednak kino. Ondřej Havelka też jest tu wart naszego czasu, bo debiut na tak trudno gatunkowo weryfikowalnym polu jakim jest adaptacja prozy Miloša Urbana to nie byle wyzwanie.

Tytułowy Hastrman alias baron de Caus powracający na łono swych mieszczących się w północnych Czechach majątków jawi się niczym wszechogarniająca tajemnica. Wtórują mu jeno fama obieżyświata i osobliwa aura. Zaczyna więc swój obchód po włościach dając stopniowe sygnały oświeceniowych wartości, by w końcu natchnąć się na umysł, tyleż twórczy i wywrotowy, co piękny, Katynke, córkę lokalnego wójta. Tę, o nadprzeciętnie rozwiniętej poznawczo naturze przyciąga do barona ciekawość zakazanych ksiąg i miejsce, których nie było dane jej widzieć i poczuć. Zaczynają więc toczyć ze sobą stopniowo grę w której przyroda, folklor i ludyczność symbolicznie ułożone naprzeciw kościoła, wymykają się statycznemu lokalnemu status quo. Metaparadygmat przyrody z kolei, baronowska osobowość tytułowego wodnika i coraz bardziej złożony quasi-moralny dylemat zjawy balansującej na granicy światów, zaczynają przykuwać naszą ciekawość.

Za kamerą im w tym nie ustępuje Diviš Marek, wcześniejszy operatorski czeski lew z czasów wspólnego z Bohdanem Slamou filmu Štěstí. Duch przyrody zresztą i podkręcane przez teatralne nawyki Havelky żywioły natury stanowią wyraźnie o sile Hastrmana.

Możemy dywagować nad gatunkowym przyporządkowaniem tego filmu, cieszyć się nowatorstwem tematyki, może nawet nie rozpoznawać głównej linii fabuły – skądinąd w zasadzie słusznie – ale nie możemy nie cieszyć się jego nieszablonowością. Padają zresztą zarzuty, jakoby pozbawiając fabułę książki filmowego paralelnego odniesienia do współczesności, obraz ten staje się trochę sztuką dla sztuki. Ale czy nadal nie mamy poczucia, że nam z tym obrazem dobrze? Przecież czujemy pointrygowanie, podążamy za dwójką głównych ról, Dobrégo i Simony Zmrzlé, przelatujemy przez mokradła i moczary, poznajemy ludzkie przymioty Hastrmana w klinczu z drzemiącą w nich zjawą w tułaczce naznaczonej poszukiwaniem dusz. Czego chcieć więcej?

Ten film jednocześnie już z daleka pozwala dotykać swoich wad, ale przemawiając do widza używając bardzo bogatego spektrum filmowych środków,  ich wymiar znacząco zmniejsza. Nie aspiruje do doskonałości i jednakowoż daje poczucie dużego smaku w doborze środków. Może więc drażnić, rodzić niezliczone pytania, powodować zamęt,  lecz ścieżka którą wytycza, każe nam te wszystkie mankamenty wybaczać.

Zapraszamy też do przeczytania recenzji filmowo-książkowego tandemu Grandhotel,   telewizyjnego skarbu czeskiej telewizji o największej tragedii górniczej w tym kraju, Dukla 61,  czy obrazu Jana Hřebejka który nie przestaje mnie zachwycać, czyli  Učitelka. Niefilmowo zapraszamy również do czeskiego dizajnu, oraz o tym jak wybrać się tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, czyli Hvozdnický expres.

Photo © První veřejnoprávní

Dodaj komentarz