Człowiek pana ministra Michala Sýkory czyli z sensem i szlachetnie językowo

Modré stíny

Muszę przyznać że Człowiek pana ministra Michala Sýkory dość skutecznie wybudził mnie z letargu, do którego dość często doprowadzał mnie z kolei czeski kryminał. Bo przecież żadnych większych śladów nie pozostawiły u mnie tłumaczone na naszym rynku w ostatnim inne czeskie pozycje. Czy to  Kroki mordercy Michaela Klevisové, czy dwie pozycje Jiřího Březiny wydane na rynku polskim(Przedawnienie i nawiązująca do niego Południca), to brak jakichkolwiek wypieków na twarzy. W zanadrzu szczęśliwie pozostawała dość mocno faworyzowana tu Iva Procházková z dwoma typowo kryminalnymi pozycjami(Mężczyzna na dnie, tudzież Roznegliżowane) i nietłumaczonym z wielką szkodą dla polskiego czytelnika Nekompromisně.

I to właśnie tej ostatniej pozycji Michal Sýkora i jego Człowiek pana ministra pod pewnymi względami wydaje się najbardziej podobny. Tam był perfekcyjnie nakreślony pejzaż polityczny jako funkcja wątków prywatnych, co Procházková zapewne zawdzięcza pióru znakomitej scenarzystki czeskiej telewizji. Michal Sýkora swój warsztat z kolei zawdzięcza akademickiemu środowisku, z którego się wywodzi i które zarazem po poszerzeniu go o element korupcyjny, stało się tłem całości.

A więc Univerzita Palackého i Rada Naukowa Wydziału Nauk Humanistycznych  i obrona pracy habilitacyjnej inauguruje naszą fabułę. Być może był to wątek zamierzony, być może to tylko przypadek, po którym systematyczna fabuła w głowie autora zaczęła się układać sama. Tak czy inaczej, przebija z niego gorzka myśl, że pewne dość smutne zjawiska dziać się będą zawsze, i to bez naszego na nie wpływu. Zresztą pojawiające się na krótko później jako główny rys  tunelowanie własności publicznej z państwowej placówki będzie na tyle ważnym wątkiem, że  pozostanie już z nami do końca. Jedynie jeszcze morderstwo docenta Chalupy – szefa komisji inwentaryzacyjnej – jako jego bardziej fizyczna egzemplifikacja jeszcze przebije to korupcyjne zjawisko.  

Takie skądinąd kulisy zbrodni o silnym realnym tle przydają jej wiarygodności, uszczegóławiają przekaz, ale mogą też niektórych znużyć. Michal Sýkora potrzebował dla całości blisko pięciuset stron, co wymagało rozległego prowadzenia szeregu introspekcji całego policyjnego zespołu śledczych, czy nieustającego przenikania sfer różnych machinacji i merkantylnych motywacji. Ta wielowarstwowość paru czytelnikom być może odbierze zapał w czytaniu, lecz mnie w pełni usatysfakcjonowała. Zawsze bowiem stopień szczegółowości broni się rolą, jaką osoba ta odgrywa w fabule. Tak było z policjantami: Marie alias Wielka Sowa z sympatyczną dylanowską pasją, Kristýna Horová w mało szczęśliwych wyborach prywatnych, tudzież poukładany Edelweis. Z drugiej zaś strony Inżynier Jonáš w swoim misternie utkanym quasi-państwowym interesie, czy pewien szef firmy ochroniarskiej z ambicjami na więcej.

Ponieważ tych postaci jest sporo, a szczegół i tło zabiorą nam trochę lektury, trudne wydawało się znalezienie łączącej to kryminalnej pointy. Człowiek pana ministra to jednak także efekt pogłębionych studiów autora, dla którego kryminał jest obszarem badawczym. Stąd ta pozorna wada, bardziej może dorzucająca minusa do całości, niż każąca walić w tę książkę na odlew, staje się jej wyraźną zaletą. Pozwala bowiem zachować proporcje, czy trzymać się autorowi z dala od niewiarygodnych beletrystycznych fajerwerków bardziej niecierpliwych i płaskich współczesnych twórców kryminałów.

Ogółem więc Michal Sýkora stworzył szlachetny językowo thriller, pełen linii i wątków pobocznych. Ponieważ jednocześnie środowiska które zna, jest środowiskiem fabuły, pozwoliło mu to przejść suchą stopą po tym dość trudnym gatunku.

Z innych tekstów polecamy: Arystokratka na królewskim dworze czyli niczego sobie ta piąta część, Praha-Holešovice czyli mało świątecznie ze świata stołecznych bezdomnych, Karel Gott czyli jak być modelowym oportunistą, Polskie tropy Inwazji na Czechosłowację czyli z dziejów smutnej czeskiej ósemki.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz