Michal Viewegh i jego Zapisywacze ojcowskiej miłości

1

Michal VieweghMichal Viewegh i jego Zapisywacze ojcowskiej miłości to książka przeczytana już sporo lat temu. Ciągle jednak nie traci na aktualności. W świecie mentalności domu towarowego nie łatwo być zwyczajnym, wszyscy razimy oryginalnością, jesteśmy nietuzinkowi, błyskotliwi, a nasza angielszczyzna jest godna wysoko urodzonych wyspiarzy. No tak to już po prostu w świecie jest i nie warto tu szukać dziury w całym. Zresztą cały ten nasz  bagaż talentów i zdolności nie przyszedł sam. Tak choćby native speakerem staliśmy się po całych sześciu miesiącach pracy na zmywaku w Anglii, wszak nic od razu, z oryginalnością trzeba było nieco wycierpieć, tatuaż na dupie ….a jakże poprzedza jednak odrobina bólu, a wiedza….no co wiedza, trzeba było nad nią parę wieczorów posiedzieć. By jednak wstępu nie wydłużać, morał jak był daleko tak jest, natrafiłem na kawał dobrej literatury zza południowej granicy.Kawał tej literatury nazywa się Michal Viewegh, jest współczesnym czeskim pisarzem, z pewnością nie pozbawionym żadnej z cech ze wstępu, i choć akurat o jego angielszczyźnie nic nie wiem, warto się nad nim pochylić. Przeczytałem jego dwa tytuły, Cudowne lata pod psem i Zapisywacze ojcowskiej miłości, z których teraz o tym drugim, bo świeższy. Na tym zresztą dorobek Viewegha się nie kończy, jest tego sporo więcej, do rzeczy jednak.

Viewegh się natrudził, bo stworzył kilka narracji wewnątrz pewnej rodziny, jest tu i sztywnawy ojciec, córka i zarazem siostra poznająca smaki pierwszych absztyfikantów, syn i brat zapisujący od maleńkości wszystko wokół, najczęściej pod stołem, no i w głównej roli rozwód. Z pozoru język nie olśniewa, bo zblazowanej nastolatce brak talentów literackich, ojcu, wojskowemu, w dodatku w przypływie szczerości przyznającemu, że książki w życiu to chyba nie przeczytał, też do Szekspira daleko, no a najbliższy spinającej wszystko refleksji brat to w końcu skończony szajbus. Jednak jak się okazuje te wygibasy formy czemuś służą, a w sukurs idzie sam autor przyznający ,że pisze dla córki, tak trochę na zaś, aby za parę sezonów pasowało jak ulał. I tak sobie myślę, że jak córka odziedziczyła choć odrobinę inteligencji ojca to wyciągnie sporo satysfakcji z lektury.

Według mnie idzie to jednak tak: naokoło nie brak pełnych najlepszych intencji nadopiekuńczych ojców, trafiających w próżnie, za każdym razem, gdy chcą dobrze. Nie brak melancholii i sentymentu za małą dziewczynką, której się poświęciło kawał życia, trochę też egoistycznej pretensji o to że ona dorosła. Jest jakiś toksyczny eksces z lampką nad łóżkiem, którą niezwłocznie trzeba dorosłej i samodzielnie mieszkającej córce zamontować w sobotę rano, bo przecież takie sprawy nie mogą czekać. Nie brak też córek, w oczach ojców ocierających się o prostytucje, za każdym razem, gdy włożą odrobinę przykrótkawą spódnicę, wciąż szukających sobie podświadomie przyszłych mężów w oparciu o parę danych z dzieciństwa. Jest wreszcie epizod nieprzystawalności dwóch światów o różnych ambicjach, z których każdy ma racje i swoje uzasadnione pretensje, i z których każdy zasługuje na uwagę, oba jednak są w równej mierze błazeńskie i niepoważne.

Michal Viewegh, a myślę że to gość z ilorazem, sporo się namęczył zanim napisał taką pozornie błahą humoreskę, parę zaś fikołków rodzinnych zaliczyć musiał z całą pewnością. Jeśli do tego dodać, że całość utrzymał w  ”zelenkowskim” sosie wiecznego dorastania, klątwy rozwodu rodziców, z których jedno pewnie posyła kompoty do Bośni, to wyjdzie nam z tego kawał znakomitej literatury, którą powinniście przeczytać.

Dla lubiących Michala Viewegha, on sam w roli aortocelebryty, czy jako celebryta jedynie częściowo kontrolowany.

Zawsze też możemy zaproponować pisarstwo dużo wyższej próby, czyli Ote Pavla i jego Puchar od Pana Boga, oraz Jak Tata przemierzał Afrykę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *