Zaklinacz deszczu czyli smutna urzędnicza prawda o życiu Jiřího Hájíčka

Zaklinacz deszczu. Jiří Hájíček
0

Zaklinacz deszczu Jiřího Hájíčka to epitafium zmarnowanego życiem czterdziestolatka w krótkim jednorazowym czasie weryfikacji. Jeszcze by chciał przewietrzyć głowę, zdobyć się na coś ważnego, choć równocześnie świadom reżimu zawodowego splecionego z hipoteką, niewiele mu pozostawia miejsca. To nie jedyne co Zbyňka trawi, są jeszcze dłużąca się bezsenność, urzędnicza mordęga  i tylko poprawny związek z przeciąganym przez biologię pragnieniem potomka.

Ona Tereza, nie wyrasta jak on z prowincji, mieni się kolorami ezoterycznego miasta według współrzędnych pracy w filharmonii i zrekonstruowanego mieszkania o przestrzeni nieznośnej dla samotnej pary. On przyjął te miejskie wytyczne, żyje rytmem dnia i bezsenności przerywanym przez alkohol, codzienny atrybut tej pustki. Niewiele jest jednak skłonny zmienić, a rytm cyklicznych myśli w imię akceptowalnego moralnego niepokoju, to element jego spójnego krajobrazu.

Zaklinacz deszczu ma jeszcze trzeciego bohatera bez złudzeń. To Bohuna ze swoim pooranym wiejskim życiem i dawną miłością połkniętą  przez wielkomiejskie marzenia drugiej strony. Jej symboliczna resztka to skrawek ziemi i zdemolowany przez czas dom. Zbyněk to dla niej sentymentalna podróż w imię tych paru wieczysto-księgowych spraw nakazujących tę podróż w czasie. Ona przecież dawno zaakceptowała swe poorane surowym życiem ciało.

Ten ich cały trzyosobowy proces jest na wskroś pragmatyczny. Zbyněk potrzebuje cezury chwilowego oczyszczenia, szczypty wspomnień z prowincji z czasów, gdy życie nie kosztuje. Tak być może na powrót coś w nim odnajdzie. Skłonny jest się mu poświęcić, być może zaryzykować, wie bowiem  jak bardzo niewiele wart jest jego doraźny życiowy reżim. Urzędnicza praca przy przekształceniach własnościowych, skromne obserwacje tej nowej deweloperskiej szlachty, nieuczciwe, co ucieka sprzed oczu przez akt swej powszechności. Na końcu z kolei on, z hipoteką, w kryzysie, i z odrobiną młodzieńczego zapału uruchomionego chwilą dość kosztownej nostalgii. Bohuna rozdziabie parę blizn, załatwi parę spraw i trzeźwo wróci do przeszłości. I Tereza, ta tylko poczeka na nową wersję starego  spreparowanego przez jej macierzyńsko-miejskie ambicje Zbyňka.

Zaklinacz deszczu poza wspomnianą trójką ma jeszcze swoich współczesnych Indian, dla których ziemia nigdy nie będzie stanowić niczyjej własności. Symbolicznie będą spajali zbyňkowy kryzys,  tę chwilową krztynę romantyzmu, który musi upaść.

Jiří Hájíček ze swoją rozciągnięta na ponad trzysta stron prawdą wydaje potwornie się wałkonić, wracać do składanych w życie powtórzeń, refleksyjnie błądzić. Czasem odbije się ponad rutynę, choć wielu złudzeń nie ma, bo takie jest prawdopodobnie nasze i jego życie. Zaklinacz deszczu to niezła pozycja wnoszącą sporo gorzkich prawd, których zaczynem jest zapewne i urzędnicza praca autora, ale też ziemia. Ta wyrasta ponad nas, pozostaje na dłużej, a jej nowobogacki epizod niczego tu nie może zmienić.

Z innych recenzji zapraszam do przeczytania Przedawnienie Jiřího Březiny czyli jedynie sympatyczne 277 stronMacochaPetry Hůlovej czyli dzieje kury nioski od  harlequinówZostańcie z nami Marka Šindelky czyli osiem opowiadań w bezruchuOta Pavel czyli Jak Tata przemierzał Afrykę,  Ivana Myšková czyli Białe zwierzęta są bardzo często głuche, Gottland czyli nie wiem co o tym Szczygle myśleć, oraz Český ráj Jaroslava Rudiša czyli sauna i szesnaście wynurzeń szesnastu męskich tyłków.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz