Zaginiony Egona Hostovského czyli zamach lutowy bez właściwości

Egon Hostovský Zaginiony

Gdy moje myśli podczas zeszłorocznych Śląskich Targów Książki błądziły jeszcze wokół Lorda Morda Miloša Urbana, ktoś podsuflował mi odkurzonego przez wydawnictwo Książkowe Klimaty Egona Hostovského i jego Zaginionego. Że skoro Lord Mord uderzył, to Hostovský wytoczy nie jedno działo, a prawdziwą baterię dział.

Czerwona okładka z poprowadzonym na czarno rzutem klatki, schody, futryny, dosyć jasne nawiązanie, choć jednak dosyć bezpłciowe. Słowa suflera wciąż przy tym tkwiły w głowie. I zaczęła się lektura, łaknąca czegoś zgodnie z rozbudzonymi oczekiwaniami, ale również cierpliwa. Mijały strony, idea, kierunek, Erik Brunner stawał się bliższy, oddalał się natomiast zachwyt nad książką.

Miloš Urban zastał mnie z brakami edukacyjnymi wobec XIX-wiecznego praskiego Josefova, przygasłą szlachtą, duszną atmosferą czesko-niemieckich relacji, asenizacją, czy  widmem higienicznej katastrofy. Po lekturze ocknąłem się bogatszy o precyzyjne impresje o stanie historycznym epoki. Z Egonem Hostovským sprawa miała się odwrotnie, wiedzą o przewrocie lutowym dysponowałem radykalnie większą, a Zaginiony, ten nie wyszedł nawet na przeciwko temu.

Jest rok 48, zagmatwany praski świat w głowie zagmatwanego czeskiego żyda z obozową kartą w życiorysie, Erika Brunnera, trąci brakiem wyrazu. Bałagan życiowy, bujne historycznie czasy, aparat bezpieczeństwa, w cieniu Klement Gottwald, końcówka z Jana Masaryka, może jeszcze parę przerysowanych postaci, a dalej już nic. Szpiegowski akcent, na który Zaginiony się kryguje zostaje niedbale rozrysowany i  opuszczony. Tło próbuje narzucać też osobisty pejzaż nierozliczonego związku po latach, gdzie figura z przeszłości, kolega, ówczesna miłość obecnej małżonki, staje się trudną do zniesienia obsesją. A wszystko dopełnia pajęczyna aparatu bezpieczeństwa wykorzystująca ten subiektywny stan głowy głównego bohatera.

U Urbana czułem szlam i brud permisywnych czasów Pragi  końca wieku, Zaginiony nie utrzymał choćby kroku rozpędzonej machinie historycznej powojennej Czechosłowacji.  I nawet pryncypał z Ministerstwa spraw wewnętrznych, Matějka, rosnący na demiurga całej rozgrywki wokół Brunnera, nie wykorzystał swojego fabularnego potencjału.  Kolejni bohaterowie z kolei, Gerard Morgan, Margaret, hotelarz z Nebraski, czy Borek, to osoby z przerośniętymi właściwościami. Ich role, egzotyczne zachowania, wątki prywatne, spontaniczne przemyślenia, czy pojawiający się od biedy konspiracyjny fortel, są jak armia strzelających w różnych kierunkach.

Rozbudził mnie początek, oczekiwania pozostawały, może ożywiłem się kilkukrotnie, a im bliżej finału, tym bardziej gorzkniałem. Słabe tło epoki, kuriozalne perypetie, bezsensowne poboczne wątki, niedoceniony aparat bezpieczeństwa, strach którego nie ma.

Na rewersie książki widnieje „ jedna z najciekawszych czeskich powieści XX wieku”, Egon Hostovský  w spokoju spisujący na obczyźnie życie ojczyzny przed którym uciekł – jak to wszystko rozbudza. A potem wielkie rozczarowanie i ta niezmiennie  powierzchowna refleksja, by ruszyć głową i nie czytać tej idiotycznej ”pseudo-suflerki” z okładek. Pan Bóg w końcu każdemu dał trochę rozumu – prawdopodobnie i autorowi tych słów….choć………………….

Z innych wpisów gorąco polecam Dziewczynko, roznieć ogieniek Martina Šmausa czyli wejść w romskie buty i zrozumiećSalto w tył, Teatr Ludowy i Ota Pavel czyli marzenia się spełniają,  Browar Trzy Korony czyli polska pazerność, a sprawa czeska,Musimy sobie pomagać(Musíme si pomáhat) czyli ze sztuki biegłej wstrzemięźliwości, oraz Japończycy po czesku czyli jak oni nas wkurzają.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz