Michal Viewegh czyli aortocelebryta po czesku.

promocja książki
1

Nadejścia takiego dnia Michal Viewegh nie mógł się spodziewać. 2012 rok, celebryckie życie, duże nakłady książek, sporo gotówki w portfelu, udane życie rodzinne, wszystko z grubsza grało. Jeszcze dzień wcześniej świętował w swojej rodzinnej Sázavie urodziny sąsiada. Siedział ze swoimi córkami i poczuł to, co miało zwiastować zawał. Nie towarzyszyła temu żadna szczególna wiedza autora, ot telewizyjna czy zasłyszana,. Nieświadome niczego córeczki pozostawione u sąsiadów, karetka,  kurs do praskiego IKEMU i uzyskana szybko diagnoza, pęknięcie aorty. Jak powiedziałby defensywnie nastawiony trener piłkarski, najpierw należy nie stracić z tyłu, a potem można ewentualnie coś strzelić. Tu trudna rekonwalescencja, fizjoterapia nie była nawet na horyzoncie, należało wpierw przeżyć.

Najważniejszy egzamin zdał, teraz przyszła rekonwalescencja, zaburzenia krótkotrwałej pamięci i całkowita niemożność samodzielnego funkcjonowania.  W zapomnienie odeszły też ekstrawaganckie przyzwyczajenia, o pisaniu nie wspominając. Taki restart wymagał rozrachunków, człowiek szuka głębiej, intensywniej analizuje to, co było. I tu nie było inaczej, a bulwarowa prasa bez trudu mogła takie informacje zamieszczać, bo sam autor opowiadał o nich ex post, i to z rozbrajającą szczerością. Przyznana zdrada, zerowe saldo rachunku, psychoterapia, miliony antydepresantów, konflikt z naciskającym wydawcą. Te informacje byłyby mocno przerzedzone, gdyby oczywiście nie wola samego pisarza. Można było dojść do przekonania, że autor Cudownych lat pod psem (Báječná léta pod psa) drugi raz wchodzi do tej samej bulwarowej rzeki, jedynie w  miejsce celebryty przyszedł tym razem aortocelebryta.

Stać mogło się tak jak z każdym materialnym efektem ludzkiej myśli, dobrze … źle, pal licho, facebook, inteligentne pociski samonaprowadzające. Facebook ramieniem zbrojnym  rodziców walczących o życie dziecka, pocisk odstraszający w imię si vis pacem , para bellum niejednego psychopatycznego śmiałka na bliskim i dalekim wschodzie – umiemy sobie to wyobrazić ? Innym razem z kolei Facebook w naszym dziecku zabije społeczną inteligencję, a pocisk…to już wiadomo. Na dwoje babka wróżyła.

Tu efekt był niezły, co po kronikarsku dane był nam śledzić. Viewegh nie umie obsłużyć pilota do telewizora, Viewegh szuka toalety w restauracji, Viewegh rozpłakał się w banku, Viewegh rozszedł się z wydawcą, Viewegh na terapii, przytył, rozwiódł się, znowu pisze, Viewegh na hrad…nie…no bez jaj . Nie lubię mediów, nie mam telewizora, język telewizji i polityki nic społecznie nie wnoszą do mojego życia. Inni być może mają to radykalnie inaczej, nie mnie to sądzić, nie mogę nie dostrzec jednak, że płynie z tego świata jakaś wartość dodana.

Gdy już szło ku dobremu, u Jana Krauze  Viewegh przyznał – no taki ze mnie profesjonalny maruder, gdzieś towarzysze popełnili błąd ( nawiązanie do sławnej sceny z Pelíšek). Mieliśmy więc aż nadto festiwalu osobistego marudzenia, odchodziły powody, w ich miejsce pojawiały się nowe. Stan faktyczny musiał przy tym budzić optymizm, plan startu w praskim półmaratonie, wydaje nowe książki  ergo: wziąłby tę perspektywę w 2012 z pocałowaniem ręki.

Mnie każe spojrzeć na to wszystko odrobinę łaskawszym okiem, i to mimo wrodzonej niechęci do wiwisekcji życia prywatnego, jeszcze jeden powód, terapeutyczny. Radykalne upadki rodzą radykalne myśli, obiekt zainteresowania myślał więc tak, daje na UNICEF, pomagam Afryce, dlaczego akurat mnie. Potem nastąpił etap telewizyjny, mój terapeuta, ten sto trzydziesty szósty mówi tak…….Ostatnio zaś wspomniał książkę Aniołowie dnia powszedniego(Andělé všedního dne). Może przecież Aniołowie oddali com im dał tą książką i scenariuszem. Wszystko, rzecz jasna, z ironią.

I co z tego dla nas płynie? Nie oceniaj, wejdź w czyjeś buty, pochodź, pomęcz stopę jakiś czas. A gdy przyjdzie Ci pierwsza myśl i wniosek, poczekaj i prześpij się z nią kolejną noc. Nabierze jeszcze szerszego kontekstu, który mnie wygląda tak. Pisarz, poprawny, ni brat ni swat mi on, choć zachowuje dlań sympatie, obok nieznośne media, celebryctwo, sensacja. Głębiej mamy już stary jak świat numer, gdy odwraca się od nas fortuna. Biedny, czy bogaty, składamy się z tych samych powtórzeń. Cierpimy i wypluwamy z siebie radykalizmy, potem cierpimy mniej, a na końcu cierpimy już sporadycznie. Różni się tylko czas rekonwalescencji. Viewegh dorzucił tylko do tego media, czym nie dał o sobie zapomnieć, więc sukces zaliczył podwójny. Umiem sobie też wyobrazić, że komuś te sześć lat jego aortocelebryctwa pomogły.

 

I jeszcze o Vieweghu i jego sprawie sądowej z pewnym czeskim medium.

Dodatkowo zapraszam do recenzji książki Zapisywacze ojcowskiej miłości.

Może też zainteresuje współczesny czeski Hrabal, Emil Hakl i jego O rodzicach i dzieciach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.