Uczniowie Cobaina czyli wielki pech ten Miroslav Pech

Miroslav Pech
1

Uczniowie Cobaina Miroslava Pecha uderzyli mnie już okładką. Żółte tło i ta niby niejasna wariacja, jakiś instrument, grunge, żółnierz, głośnik, kłódka, nie zagrało. Wydaje się ”Czechów” cała masa, taka nasza polska ”mądrość etapu”, by ”Czecha” zakupić za wszelką cenę, nie zabrakło więc miejsca na coś słabego, a coraz bardziej odkrywam, że tego słabego bywa już niepokojąco dużo. Też w końcu jak się wprowadziło swój własny naród w trans zakłopotania nad własną samooceną, korci wszystko, byle nie pochodziło znad Wisły.

Pierwszych kilkadziesiąt stron znosiłem, a potem już mnie trzymała czytelnicza nerwica natręctw, która każe mi doczytać nawet, gdy pot,krew i łzy. Tu cierpiałem głęboko acz relatywnie krótko, bo czyta się to coś szybko. Gniot czy kolorowa prasa, poznawczy element wnieść w nasze życie może podobno wszystko, nie pomijając rzeczonej pozycji za całych 29,90. Tu nauka płynęła jedna, mądrzej wydawaj każde 29,90.

I malują przede mną Uczniowie Cobaina niedojrzałego gówniarza z małego czeskiego miasta, co postanowił się wkręcić w świat swoich iluzji odrobinę za mocno. Taki z rodzaju tych co, gdy kumpel już zbliża się do matury, nie orientują się, że tych siedem kibli nie było najtrafniejszym życiowym wyborem. Cześć bracie, lenonki na nosie, a wokół blok, bliżej mentalnie i osobowościowo niezidentyfikowani rodzice i szara smuta każąca jak najszybciej zarobić na comiesięczny pasek. Gówniarzowi ”braci” nie brakowało, wszyscy bądź pod nocnym z alkoholem, bądź w zacnym dziele śrubowania wyników elektrowniom hodując zielsko, żarli przy tym tyle, co mój bezrefleksyjny pies, na ich nieszczęście były to grzybki halucynogenne, by na koniec wysmakować się już dziarsko inhalacjami rozpuszczalnikiem.

Myślę sobie, że gdyby ”obarczyć” jednego człowieka doświadczeniami głównego bohatera Miroslava Pecha, nie wyszedłby z tego cało, ale przecież licentia poetica pozwala na wiele. Sto dziewięćdziesiąt cztery strony babrania się w detalu, przymusowe dyńki na bani z obiektami budowlanymi maści wszelakiej, ogródki działkowe, wieśniackie dekadenctwo, a na koniec dowiadujemy się, że chłop sobie bimbał i mu nie wyszło, bo pracuje w fabryce.

Oczywiście też pojawi się cała orkiestra obrońców, ci palną ….millenialsi, ponadczasowy opis zjawiska, wysmakowana surowość języka. Z tymi polemizować nie warto, to tacy telewizyjni intelektualiści, o poglądach dzisiejszego wydania Wiadomości. Może poznawczy element tej książki tkwi właśnie w tym, że można dostrzec głupotę owych „peruwiańskich lam”, które by chciały przejść na dietę Kwaśniewskiego, ale klimat i dobrostan Ameryki południowej im na to nie pozwala. Innej niżej podpisany się nie doszukał.

Ale nawiązując jeszcze do Uczniów Cobaina, nic nowego Miroslav Pech nie wyrzeźbił, pisać za bardzo nie umie, sporo się nasłuchał dykteryjek przy kuflu, pewnie chodzi do pracy i go to mocno irytuje. Być może trochę przeniesie nas w czasie, obdarzy znajomością muzyki spod znaku Seattle, ale wieje to łącznie wszystko straszną nudą i pustką. Można jeszcze się uprzeć, że fabuła to nie wszystko, bo przecież Pelíšky tejże za wiele nie mają. Można…ale Pelíšky mają klimat, którego w Uczniach Cobaina próżno szukać.

Dla zainteresowanych trzecią część arystokratycznej sagi Evžena Bočka, Arystokratkę na koniu zjechałem podobnie. Czasem też zdarza mi się pisać bardzo pochlebnie jak choćby było z książką Puchar od Pana Boga Oty Pavla. Bywa, że jestem dosyć powściągliwy i umiarkowany jak z Ivaną Myškovą, czy piszę o życiu prywatnym pisarza, jak było z Michalem Vieweghiem.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *