Tartuffe albo Szalbierz Tomáša Svobody w Teatrze Ludowym w Krakowie czyli Molier z czeską parafką

Tartuffe albo Szalbierz
4

Tartuffe albo Szalbierz Tomáša Svobody w Teatrze Ludowym w Krakowie to przedstawienie noszące w sobie sporych rozmiarów siłę. Wychodzi ona z jednej strony od francuskiego komediopisarza w swych najlepszych latach twórczych, ale też w dlań szczególnie ”przychylnym twórczo” kontekście historycznym. Nie zapominamy bowiem objazdowej trupy teatralnej Moliera, cygańskiej nuty życia i triumfalnego powrotu do Paryża, w którym monopol ludzkich dusz sprawują sztuczność, bigoteria i surowe ramy z niesmakiem spoglądające na teatr, bramę nowego. Humorystyczna tężyzna, potężne razy którymi obdziela rzeczywistość, a wokół Kongregacja św. Sakramentu, janseniści i jeszcze trwająca krótką chwilę kuratela Ludwika XIV. Za pasem jeszcze odsądzana od czci i wiary Szkoła żon, żarty z rzeczy świętych, niemoralność jako niestrudzone ultima ratio regum ówczesnych elit, to przecież dopiero molierowska uwertura złożona z towarzyskich smaczków. Rozzłoszczony Molier ma dopiero uderzyć i staje się tak z chwilą uroczystości inauguracyjnej pałacu i ogrodów w Wersalu, gdzie Tartuffe czyli Świętoszek mają swą premierę. Ciasna nabożność, świętoszkowatość kościoła i wycieczka wprost do mieszczańskiego domu to już była jawna antysystemowa nawałnica epoki.

Z drugiej strony mamy Tomáša Svobode, czeskiego reżysera filmowego i teatralnego z kilkoma popełnionymi pełnometrażowymi kinowymi komediami z Hodinovým manželem na czele i wspólna z Teatrem Ludowym w Krakowie adaptacja molierowskiego Tartuffe albo Szalbierz. Najpierw konceptualizujemy sobie tych parę transgranicznych metaprawd o Czechach, kalibrujemy z tym nasze nadwiślańskie warunki brzegowe dla środków artystycznych i nami wstrząsa. Że niepotrzebnie przekonałem się już po kilkunastu minutach przedstawienia. Gdy Molier wystawiał Tartuffe’a pierwszy raz, świadom był śmiałości zamiarów i stąd potrzebował kurateli żarzącego jeszcze swą młodością Ludwika XIV. Svoboda nie ma tego problemu, bo ani Polska nie jest już tak purytańska jak ją malują, a i czeski liberalizm zdaje się mocno przeceniony. Jest u Czechów po prostu swobodniej, często z gorzkim morałem w końcówce przed którym miliony salw śmiechu. Już Petr Zelenka w swoich teatralnych Opowieściach o zwyczajnym szaleństwie pochylał się nad wszelkiej maści dziwactwami, były i słoiki wysyłane do Bośni, główny bohater dorabiający oglądaniem kopulujących sąsiadów, fetysz włosów ciotki swej lubej mający go na powrót doń doprowadzić. Byli pełnometrażowi Bracia Karamazow z połową Dejvického Divadla w składzie i z całą masą rubasznych żartów z początku, Davidem Novotným łkającym ze śmiechu nad dźwięczną nazwą sieci sklepów Kefirek. Potem zaś przychodzi krakowska stalownia i niezwykła adaptacja prozy Dostojewskiego spleciona z życiem jednego z polskich przypadkowych bohaterów.

Tomáš Svoboda nie wyważa teatralnych drzwi, trzyma się ram tekstu Moliera i staje się bardziej swobodny dopiero eksperymentując z formą dramatu. Nawet zastanawiam się, czy aby w ogóle prowokuje? Ot choćby monolog wąsatej matrony Pani Pernelle w podaniu Andrzeja Franczyka z rzekomym genderyzmem to przecież ewidentny ślepak. Mnie to przypomina polityczną przedwyborczą ”podpisową” sztuczkę, kiedy pomidor z cytryną miał zwabić paru staruszków i skłonić do dorzucenia swej parafki na listach wyborczych. Svoboda robi podobnie, swawolnie kładzie pomidora na stół, a Polacy wzywają pół Katedry Fizyki Kwantowej, by proceder zbadać. Dalej jest stylistyczne szaleństwo współczesności, Orgon na skuterze, Orgon w przeszklonej lodówce wypatrujący „wpadki” Tartuffe’a, współczesne dotykowe gadżety, selfie, poczynająca sobie niczym nimfetka Marianna, spazmy artykulacyjne Walerego, aktorzy w roli szczotek na myjni – to przecież kwintesencja czeskiego sposobu bycia. Nie przywiązywać zbędnej uwagi, śmiać, czynić rzeczy i zjawiska takimi, by te odpowiednio skrojone i wytaliowane cieszyły nasze oko i ucho. W końcu te sceniczno-scenograficzne numery to tylko tło o charakterze rekwizytu, barwne, zasuwające od gagu do gagu, niepsujące jednak spójności formy. Tomáš Svoboda nie tworzy nowych sensów, bo oryginał Tartuffe’a go bawi, gdy goni natomiast z całą epidemią hiperbolizowanych środków stara się nadążać za czasem. Gra z francuskim komediopisarzem w nierówną grę, czerpie z niego, dorzuca gdzieś neon Catholic Pub, fortepianową podmiankę akompaniującego, ale w żaden sposób nie uderza w integralność Tartuffe’a.

Siedemnastowieczny Tartuffe podważał podstawy ówczesnej ciasnej twórczo rzeczywistości, wchodził łapczywie do mieszczańskiego domu, wskazywał na wskroś teatralne zaślepienie Orgona na tle ponadczasowej bigoterii sprytnego rezydenta, której śladów wcale nie próżno szukać by można i dziś. Farsą opatrywał doniosłość, by czynić ją widoczną dla widowni, hiperbolizował by naznaczać jednocześnie nie popadając w nieznośny dydaktyzm. Svoboda nie zmienia tu nic, aktualizuje środki, wsuwa nam pod nos wariacje niby niespójnych scenicznych gadżetów, raz lodówę, raz klęcznik , gdzieś rustykalny mebel, bo wie że stopień możliwości zabawy z publicznością ogranicza tekst, wymowa, ale nie artystyczny temperament. Każdy w końcu swojej interpretacji sztuki w wydaniu Ludowego dokona sam i o tę nasz szanowny Czech – tak sobie śmiało myślę – się nie obawia.

Pozostaje jeszcze aktorstwo. Aktorstwa Elmiry i Orgona Patrycji Durskiej i Jacka Stramy jest pełne przedstawienie, chodzą wzdłuż i wszerz, są teatralni w stopniu wyczerpującym fizycznie i hiperbolizującym nam – niezastąpione dziś słowo – cały ten wątły świat ograniczeń naszego poznania, w którym dopiero finał będzie gorzki. Poczynająca sobie Roksana Lewak jako Marianna to wydatna uciecha dla zgromadzonej w Ludowym-pewnie częściowo z licealnego obowiązku – młodziezy, a że i oni muszą znaleźć swoją bramę do teatru niech będzie i prowokacyjna. Trudno też o większą emancypacyjno-ponadczasowo-asertywną bombę świeckiej normalności nad Dorynę Iwony Sitkowskiej, która nie ma słabszych momentów. Przypadł nam do gustu też Tartuffe Cezarego Kołacza, szalbierz słownego zakłamania z krzyżem w centrum, zagrany w sposób niewymuszony. Są i dalsi świetni komedianci, Karol Polak, Piotr Franasowicz, a na koniec jest ten którego epizod nas rozbroił, Paweł Kumięga ergo Oficer Gwardii Królewskiej z nadrukiem Molière na plecach i chusteczką w ręce w swoim gorzko-słodkim finalnym pląsie.

Bolek Polívka, Walach, mim i przede wszystkim wybitny czeski aktor teatralny i filmowy powiedział w związku z pewną premierą kinową do swego syna Vladimíra, też aktora….Vladimírku ….nevadí že na to nechodí lidí, hlavně že to má úspěch (Włodeczku…..nieważne że na to nie chodzą ludzie, ważne że to osiągnęło sukces). Tartuffe Tomáša Svobody nie cierpi na nadmiar pustych miejsc na widowni i niech w tym tkwi epilog…..

Zapraszamy również do przeczytania recenzji innego przedstawienia Teatru Ludowego w Krakowie a więc Salto w tył, Teatr Ludowy i Ota Pavel czyli czeskie marzenia się spełniają, innych tekstów Oty Pavla: Ota Pavel Pod powierzchnią czyli gdy praca staje się obsesjąOta Pavel czyli Jak Tata przemierzał Afrykę, Ota Pavel czyli o sporcie jak nigdzie indziej, jak i wpisów Polskie tropy Inwazji na Czechosłowację czyli z dziejów smutnej czeskiej ósemki, oraz Dukla 61 czyli z dziejów największej górniczej tragedii w Czechosłowacji.

Photo ©Teatr Ludowy

.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *