Sarenki Tomaša Svobody czyli pod krakowskim ratuszem gorąco

Sarenki Tomaša Svobody
0

Tomáš Svoboda Sarenki stworzył w 2013 roku. To jeszcze chwila przed swoimi czeskimi pełnometrażówkami, w których po drugiej stronie kamery zdążył zmieścić sporo z charyzmatycznej czeskiej czołówki kinowo-telewizyjnej. By nie pominąć tych ważniejszych, król z Wołoszczyzny Bolek Polívka, goszczący jeszcze wczoraj w Ostrawskim Domu Kultury Bob Klepl i Eva Holubová,  czy regularnie odwiedzający duży ekran David Novotny. Głośne nazwiska, całkiem dowcipne kino z merkantylnym wektorem finansowym u producentów i Czesi stadnie odwiedzający multipleksy.

Ale rok 2013 to jeszcze dla świeżutkiego Svobody inne czasy. Mała scena pod krakowskim ratuszem, ograniczone możliwości małopowierzchniowej scenografii, tapeta, człowiek-tapeta, parę rekwizytów, Fiat 126p i czterech gości z syndromem ”zelenkovskiego” zatracenia wystarcza za wszystko. Do tego jeszcze pointa, z relacji Tadeusza Łomnickiego przychodząca w bólach, bo biedak Svoboda się rozpędził, a z fabularnej autostrady trzeba w końcu czasem zjechać. Wyszło dobrze, bo sarenki to morał z braku morału, takie czeskie ustrojstwo, ergo: obiekt z którego Polacy nieustannie próbują się nieszczęśliwie doktoryzować.

Jaka jest zatem sama fabuła? To taki spacyfikowany slapstick czterech torpedujących motywów, dla których przesada, kuriozum i absurd to chleb powszedni. Dyrygent, mykolog, urzędnik skarbowy i wynalazca, właściwie trudno o lepszą kwintesencję. Pierwszy w wyniku wypadku strzela pingpongami w swoich powiekach, drugi pożera sztućce, trzeci szuka ”służbowego” dojścia do damskich cycków, a czwarty krzyczy, mamo….już wystarczy. Gdy między nich wsadzimy jeszcze kobiety, zaśmieje się i  nobliwy starszy pan zgorszony całym przedstawieniem. Nie okłamujmy się, życie klnie jak szewc, po kapuście przychodzą gazy, a zanurzając się w sekrety małżeństw ze stażem, poznamy i wykwity obsceny, tudzież kolejnych pokonywanych barier dobrego smaku. Czesi to wiedzą, Czesi to oglądają, i żaden to w sumie czeski fenomen. I przestańmy cudować, że specyficzny humor, że czeski film, tylko spróbujmy czasem ponaśladować. Przeżyją bezy Kwaśniewskiej, my pewnie też nie uronimy nic ze swojej teatralnej godności.

Do wszystkiego jest jeszcze muzyka, miks tych radiowych numerów, do których tańczymy dopiero po pijaku, bo niby głupio. Są czeskie, są te polskie, wszystkie zawsze na miejscu. I może na koniec interakcja publiczności, jeśli ta dopisze, podbija atmosferę tak, że scena pod ratuszem zdaje się tego móc nie wytrzymać.

I na koniec czterech aktorskich samograjów i wyreżyserowana według najlepszych filmowych reguł migracja wątków. Paweł Kumięga z plastikowym defektem kupuje nas już na otwarcie. Neuroza, histeria, niespełnienie, batuta taktuje za tym strzępkiem nerwów miarowo. Nie ma w tym spokoju, a za to fenomenalne ogranie z intuicyjną rolą wymagającą sporo warsztatu. Obok Patrycja Durska jako dzielnie wspierająca naszego nieszczęśnika altowiolistka Zdenka w szalonym muzyczno-seksualnym fiku-miku.

Potem przychodzi Tadeusz Łomnicki, sceniczny mykolog, równo i metalicznym głosem stopniowo wprowadza nas w swoją historię gigantyzmu. Jowialnie łączy się z infantylnie, wszystko skromnymi środkami i ze świetnym wyczuciem.  Potem wpada Piotr Franasowicz, śmiga po scenie, kopuluje, wykrzykuje swoje seksualne obsesje, trochę się boje, czy wytrzyma jeszcze z kilkadziesiąt lat teatralnej kariery. W Tartuffie w twórczym zapale niemal zaliczył wizytę u ortopedy, tu posklejał na sobie gazety, zima idzie, proszę uważać na siebie Panie Piotrze. A potem już tylko Ryszard Starosta, duchem wynalazca. Metaliczny głos, deklamuje przed pozostałą trójką swe pomysły, oni słuchają. A potem już tylko Sarenki i trzeba niestety wracać do domu.

Zapraszam również do przeczytania recenzji innych przedstawień Teatru Ludowego w Krakowie, a więc Salto w tył, Teatr Ludowy i Ota Pavel czyli czeskie marzenia się spełniają, Tartuffe albo Szalbierz Tomáša Svobody w Teatrze Ludowym w Krakowie czyli Molier z czeską parafką, jak i wpisów, Polskie tropy Inwazji na Czechosłowację czyli z dziejów smutnej czeskiej ósemki, oraz Dukla 61 czyli z dziejów największej górniczej tragedii w Czechosłowacji, czy choćby Landek park czyli nic a jednak coś.

Photo ©Teatr Ludowy

Dodaj komentarz