Roznegliżowane Ivy Procházkovej czyli ciężko było sprostać Mężczyźnie na dnie

Roznegliżowane Iva Procházková
2

Roznegliżowane Ivy Procházkovej to druga z serii pozycja zaraz po Mężczyźnie na dnie. Ten sam podinspektor Marián Holina, trochę mniej słowacko-węgierskiego rysu, czy astrologii, i znowu wielowątkowy mord. Tam ciąg zdarzeń czerpie z policyjnego piekła prowokującego zbrodnię, tu tę role wydaje się pełnić wietnamsko-chiński entourage. Procházková wyjściowo trochę sprawę nam gmatwa, ustanawia pewien dochodzeniowy modus vivendi, zakreśla zgrabnie krąg podejrzanych, środowisk i potencjalnych motywów, wplata jeszcze pana podinspektora, odrobinę przy tym mu odejmując z prywatnego życia i idzie dalej. Znowu powstał kryminał na wskroś czeski, żadnych modnych amerykańskich wzorców, nie kuszą autorki też w żaden sposób mroczności północy. Idzie po swym i robi to dobrze.

Dobrze robi czytelnikowi pewnie i wcześniejsza wizualna przygoda w postaci serialu Vraždy v kruhu. Genialny Ivan Trojan, piękna Vagnerová i ten uroczy kącik ponoć gdzieś na Karlínie w Pradze, nie dają o sobie zapomnieć. Wyjmujemy z całości astrologię zostawiając raptem jej szczyptę i już w zasadzie ta drobna wizualna sugestia nie robi trudności. Holina sięga po kolejne rohlíki nadając im swoją punktacje, nieszkodliwy fetysz, podjeżdża gdzieś i skądś na rowerku-staje nam to przed oczyma podczas lektury niejednokrotnie. Nie istnieje w końcu nieuprzedzony umysł.

Ale przy wszystkich zaletach Roznegliżowane nie dorównują poprzedniczce. Holina jakby, co już wspomniałem, pozbawiony prywatnego życia nie jest już tak ważna figurą książki i mimo że to jego strumień myśli i postawa są cały czas punktem centralnym, nie intrygują. W wielowątkowym planie książki Procházková nie zachwyca tak dogłębną wiwisekcją podejrzanych bohaterów, nie czuć ”przerobienia” ich dusz na wskroś, jak to w zwyczaju miał Mężczyzna na dnie, i pewnie przez to też nie czuć ciężaru gatunkowego poprzedniczki. Odbiera sporo jakości również finałowych pięćdziesiąt stron, zgoła inne fale książkowego eteru, uszczuplenie planu, nieregularność.

Ale by nie wplotła się przesada należy od razu sprostować, Procházková wciąż jest mocna, jedynie że mniej. Nic na wyrost, nic sztucznie, nadal solidnie, ale bez błysku. Może schemat Mężczyzny na dnie jest ciężką konkurencją, może by przyjść z zachwytem drugi raz wymagamy dodatkowego bodźcowania…nie wiem. Wiem, że dzisiaj będzie bez laurki, co nie oznacza żadnego znowu malkontenctwa, w końcu za laurką sporo wolnej i zaszczytnej przestrzeni.

Z innych recenzji zapraszam do przeczytania Przedawnienie Jiřího Březiny czyli jedynie sympatyczne 277 stron, Macocha Petry Hůlovej czyli dzieje kury nioski od  harlequinów, Zostańcie z nami Marka Šindelky czyli osiem opowiadań w bezruchu, Ota Pavel czyli Jak Tata przemierzał AfrykęIvana Myšková czyli Białe zwierzęta są bardzo często głuche, oraz Gottland czyli nie wiem co o tym Szczygle myśleć.

 Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *