Ostrawska Poruba czyli tam gdzie Stalin był lepszy niż współczesny deweloper

Ostrava Poruba
2

Ostrawska Poruba to żadne tam dzieło sztuki, a przecież kryje w sobie wielowymiarowy fenomen. Ktoś się zdziwi, ktoś pokręci nosem, większość przejdzie obojętnie obok. Cały czas pozostanie jednak miejsce, by doszukać się w tej ostrawskiej dzielnicy pewnego zjawiska ze szczyptą pesymizmu w odniesieniu do współczesności.

I tak mimo pierwszych wzmianek o niej z 1393 roku, sięgającego tegoż XIV wieku kościoła św. Mikołaja, czy też szesnastowiecznego zamku porubskiego, nie tu zdecydowanie tkwi cała atrakcyjność Poruby. Próbując to dostrzec trzeba tu postępować jak z brytyjskim systemem politycznym, a mianowicie szukać zmian bądź ich braku w solidnie mierzonych jednostkach czasu. Inaczej wszystko się zwyczajnie nam wymknie.

Poruba jeszcze w połowie XIX liczyła ledwie 80 domów, a gdy Ostrava i Vítkovice chwilę potem poddawały się ostrej industrializacji nie zmieniała swojego mocno ”agrarnego” charakteru dysponując setkami hektarów gruntów rolnych. Układ Monachijski zmienił jej do 45 roku paszport, ucierpiała w wyzwoleńczych walkach tracąc jedyny przemysłowy rys, fabrykę mebli Ignacego Blažeje, by dopiero rozpocząć swój sen o wielkości na jawie. Sen o tyle ciekawy, że realizowany w warunkach gwałtownego poznawczego szoku, gdy ”wielkie w architekturze” nie potrzebowało szlachty i tronu, a miało w centrum ułożyć człowieka pracy i nie szczędzić przy tym wysiłków.

Jest rok 1951, pierwsza dwulatka miała czynić zadość potrzebom rodzin tutejszych górników, gdy w głowach towarzyszy pojawia się planistyczna hekatomba w wykonaniu czterystu architektów i projektantów, w planach mająca pomieścić nawet 150 tysięcy obywateli. Nie było mowy o dzisiejszym deweloperskim skąpstwie środków i przestrzeni w wydaniu ”plombowym”, a ekonomiczność byłaby porażką. I mimo że zabrakło środków, a całości przedsięwzięcia nie udało się zrealizować, mamy do czynienia ze stworzeniem urbanistycznie zamkniętej całości, której zasięg i aspiracje sięgają do dziś. Zrodziła się bowiem Sorela, niebywałe ówczesne szaleństwo symetrycznej ornamentyki i monumentalności, które w centrum miało mieć socjalistycznego człowieka. Są i ”inni”, warszawski Pałac Kultury, Haviřov, niegdysiejsza stacja praskiego metra Moskiewska, czy choćby Dom Kultury w Ostrovie. Zawsze podobne wytyczne, w układzie prostokąta choć nie zawsze i z centralnym elementem, wysokościowa równowaga, a wszędzie kolumny, attyki, sgraffito, reliefy, rzeźby pionierów pracy. Nikt nie liczył, nikt nie kalkulował, na miarę powojennych niewygórowanych potrzeb. W Ostrawie prawdziwą perełką jest Łuk(Oblouk) i tam dwukrotnie rozpoczynaliśmy nasze porubskie wycieczki, dalej rzędy mieszkalnych domów, a w zasadzie wycieczka całą Porubską w stronę Hlavní Třídy budzi urbanistyczne zdziwienie. Trzepaki na podwórkach, jednostajny charakter całego układu, poczucie niezakłóconego spokoju, komfort życia z zachowanymi odpowiednio odległościami i przestrzenią na zieleń. Słowem doprecyzowany ”humanistycznie ”mikroświat” z którego wychodzi się do integralnej, choć bardziej wielkomiejskiej Hlavní Třídy. Tam z kolei pod ręką wielkomiejskie usługi, odrobina hałasu z ciągnącą się środkiem w górę aż do Vysoké školy Báňské alejką i oddzielającą ją od ulicy zieloną strefą. Żaden to oczywiście Vaclavak, ale kryteria tej urbanistycznej konkurencji brzmią inaczej. Zrobić monumentalnie, ale też na miarę, nie rezygnując z marzeń i szału pomysłu, a przy tym trzymając się prostych potrzeb ludzi. Potem jeszcze po 54 roku, gdy Poruba na stałe zagościła w ramach ostrawskiego magistratu przyszła kontynuacja – być może nie tak okazała acz w tym samym duchu. Przyłączono gminy Svinov i Martinov, dorzucono kąpielisko, kompleks akademickich budowli, akademiki, planetarium, i jeszcze kolejne gminy. Finał tego zaś jest taki, że dzisiejszy kształt Poruby czyni ją nadal bardzo pożądaną dzielnicą wśród ostrawskich „lokatorów”.

Na koniec nachodzi jeszcze wzmocniona radykalnie współczesną deweloperką nostalgia. Dziś już jedynie według jednej sztancy, choć z rozróżnieniem na różną konsumencką kieszeń, w systemie plombowym i bez żadnego zagospodarowania przestrzeni. Brak tu miejsca na rodzinę, wygodne poruszanie się, a procent zielonego wokół w zestawieniu z hałasem zatrważają. Nikt wcześniej nie pomyślał o przychodni, nie skalibrował liczby aut z dotychczasowym życiem pobliskich rewirów. Po prostu ktoś podepnie się obok wyśmiewanej wielkiej płyty, która ma już z górką pięćdziesiąt lat i żyje, a wszystko czego z zachłanności nie zrobił deweloper weźmie na siebie towarzysz Edward. Na pohybel (P)anowie deweloperzy, wychodzi z was niezależnie od waszych niezaspokojonych materialnych potrzeb straszna ludzka nędza.

Zapraszamy do przeczytania innych artykułów, jak Jarosław Kaczyński z czeską diakrytyką, Hvozdnický expres czyli mała podróż w czasie, o Army Family Day w Ostrawie w Landek Parku, cy choćby historii największej tragedii w powojennym czechosłowackim górnictwie, a więc Dukla 61. Pozostaje też dla smakoszy Vepřé-knedlo-zelo czyli  o czym tu w ogóle gadać.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *