Pelíšky czyli jak komunista z kombatantem się jednak nie zabili

Pod jednym dachem
4

Pelíšky czyli jak komunista z kombatantem się jednak nie zabili

Jan Hřebejk jest trochę jak praski metronom,  usytuowany gdzieś blisko Hradčan w miejscu wcześniej zarezerwowanym dla Stalina, miarowo taktuje, raz w lewo, raz w prawo. Robi to sumiennie od lat, by raz na jakiś czas przestać i to jedynie wtedy, gdy zabraknie sponsorów. Jednocześnie mając u boku Hradčany, a w zasięgu oka Kaplicę Betlejemską w której działał Jan Hus, jego reżyserskie oko nie poskąpi sobie i miejsc, które nie mają jakiejś wielkiej siły historycznej, nie nawiedzają ich też  tłumy turystów. Jak rasowy scenarzysta, bo przecież reżyserem stał się dopiero po studiach,  czerpie z wszystkiego co widzi, a tu drogocenne jest wszystko, znerwicowany ojciec sąsiada, kolejka u lekarza, komunistyczny koniunkturalista żyjący gdzieś obok. Potem siadają sobie w gospodzie z Petrem Jarchovským, zawodowym kompanem,  i przed spiciem piany z pierwszego piwa mają już uzgodniony  film. Potrzeba jeszcze potem wielu kolejek, by okiełznać sprawy finansowe, ale ostatecznie sądząc z tego, ile filmów już nakręcili i jak regularnie to następuje, powinni lokal opuścić tuż przed zamknięciem.

Metronom jednak dokonuje co jakiś czas lotu w kosmos, wszystko jest szybsze i większe, a stan nieważkości nie puszcza jeszcze długo. Napływa więcej refleksji, w głowie gra lepsza muzyka, aktorzy w scenariuszu są szyci na miarę jak już nigdy przed i po, i nawet Čerešne największej czeskiej żyjącej szansonistki, Hany Hegerové, znajdują w mig idealne miejsce w jednym z epizodów. Gdy wraca na ziemie pozostaje mu już tylko odebrać Czeskiego Lwa co do którego nikt w juree nie ma wątpliwości. Ziemia to ziemia, kosmos to jednak kosmos.

W 1999 roku, gdy powstawały Pelíšky, najbardziej kasowy, ale też chyba wspominany  z największym rozrzewnieniem film Hřebejka i Jarchovského, ten musiał być gdzieś daleko poza atmosferą. Tylko stamtąd mógł dostrzec tę szczególną kamienicę na Hanspaulce na praskich Dejvicach, świadka niezwykłej historii kończącej się inwazją wojsk Układu Warszawskiego. Dwa piętra krzyżujące losy dwóch rodzin surowo zarządzanych rękoma swoich dwóch mężów a zarazem ojców, gdy wokół szary socjalistyczny świat.

W każdej jednak szarości kryje się czyjeś życie, a życie przecież zawsze domaga się chwili radości, paru wspomnień, niezaleźnie od czasu i miejsca. Tych wspomnień dostarcza i Václav Neckář ”dzielnie kupujący gitarę”, ”anarchistyczny” bigbeat, czy plakat Micka Jaggera którego facjata pewnego wieczoru zajmuje miejsce wywieszanego skrupulatnie domowego jadłospisu. Żyją sobie swoją codziennością przerywaną socjalistycznym absurdem, gdzie stylowe buty dla dzieciaka to już zbyt wiele, a prezentowane w święta ”rarytasy” dzisiaj już tylko śmieszą. Są też dwa sny, ten pędzący ramię w ramię ze Związkiem Radzieckim, i ten masarykowy, by zszedł wreszcie  z cenzurowanego. Żaden ze snów nie jest zły, każdy kocha i wierzy, ale niestety jeden się myli. Przychodzi 21 sierpnia i ósemka znowu dla Czechów jest  nie najszczęśliwsza. Dwa sny odchodzą w niepamięć, a grany przez weterana Krausa na fortepianie hymn wytłumia, jak najlepszy antydepresant, wszystkie emocje. Żyli inaczej, inaczej myśleli, ich dzieci flirtowały i podejmowały próby samobójcze, strzelały trzaskające drzwi, ale z tego już niemal nic nie pozostało. Po drodze Kraus traci żonę, Šebek mierzy z bratem niedźwiedzia podczas świąt, co podobnie jak scenariusz zostało zaczerpnięte z prozy Petra Šabacha,

Ten film nie wystawia rachunków, niczego niezwykłego chyba nie uczy, on tworzy na nowo gorzko-słodki klimat tamtej doby. Bajecznie buduje role, tkwi w szczególe, a wszystko wspiera aktorstwem w stężeniu, jakie nieść na jednym ekranie może tylko grający razem Jiří Kodet z rolą swojego życia, Miroslav Donutil, Bolek Polívka, Eva Holubová, Stella Zázvorková i Emília Vášáryová. Tę wspominam jako ostatnią bo, jej wspaniałą Krausovą miała zagrać Iva Janžurová, spłoszona scenariuszowym zgonem swej filmowej bohaterki. Zabobony okazały się szczęśliwe dla widzów.

I na koniec jeszcze tylko  jedna dosłownie myśl. Trauma 68 roku była uczestnikiem wielu czeskich obrazów filmowych. Czesi mierzyli się z nią często-gęsto, najczęściej z dobrym skutkiem, ale nigdy nikt nie zdobył się na tak nieprzekłamany w swej skromności i równocześnie lekki bez uszczerbku dla czasów film o tej ich narodowej tragedii. Z innych recenzji zapraszam do filmu o największej tragedii górniczej w powojennej Czechosłowacji, Dukla61, filmu Mężczyzna idealny(Román pro ženy), Butelki zwrotne(Vratné lahve), Gorejący Krzew (Hořící keř) Agnieszki Holland o praskiej wiosnie 68, czy ostatniego telewizyjnego przeboju od wodzą Dejvickiego Teatru, czyli serialu Dabing.

Photo © Space Films

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *