Ota Dub czyli trochę starego świata nie zaszkodzi

Ota Dub Profesorowie
2

Ota Dub to był zupełny przypadek, traf, trochę dar od losu, bo przyszedł wtedy, gdy miał. Wokół współczesna czeska literatura, opowiadania, lepsze, gorsze, trochę zniechęcenia. Raz niestrawna Macocha Petry Hůlovej, nic niewarty Miroslav Pech, wspaniały Matěj Hořava z dopiero niestety jedną popełnioną Palinką, niezły Rudiš, jakiś tam Šindelka, średnia z tego całego pisarskiego towarzystwa jednak przy tym dość marna.

Czesi te miejsca określają jako knihobudki, szczęśliwe zasymilowanie się budki telefonicznej i komórki z odrobiną druku. Budki odeszły do lamusa, komórki wyginają nam karki, a książka, ta postanowiła jeszcze raz wyjść z opresji. Kroniki, Nałkowska, Żeromski, jeden z drugim kucharz, zawsze warto spojrzeć.

Książka zdawała się niepozorna, Ota Dub, Profesorowie, Warszawa, luty 1985, nakład 19 650 + 350, wielu ”pisalków” dzisiaj by oddało życie za takie nakłady. Inne czasy. Poszperaliśmy, lekarz internista, data urodzenia 1909, jeszcze Austro-Węgry, ordynator w Libercu i Ústi nad Labem, pisarz beletrysta – kompletnie dla nas nieznana karta – tym bardziej warto było się pochylić.

Ota Dub to człowiek starej daty, reprezentant niedostępnego już dziś erudycyjnego kalibru, gdzie teatr, opera, wykształcenie, tudzież językowy pietyzm nie mogą pozostać niezauważone. Jest ich w książce dwóch, obu łączy imponująca kariera, inni darzą ich estymą, a to przecież tylko pozory. Ten pierwszy, prawdopodobnie alter ego autora, to odchodzący gatunek, łączący powołanie, pozytywistyczne pragnienia i ujmującą skromność, ten drugi niby podobnie, lecz bez tych ”dewaluujących” się wartości. Pozostają na swych miejscach wiedza, szalona praca, dorobek naukowy, choć wszystko jakby w funkcji z karierą.

Nie ma w tym żadnego przypadku, pozory gonią pozory, ważne ustępuje miejsca efektownemu. I tak sobie Panowie doktorzy z dorobkiem pozostają w swojej grze starego z nowym i stopniowo zmierzają w kierunku naszych cichych pragnień. Bo jak świat światem komuś w tej czarno-białej grze kibicujemy. Tu faworyt musi wygrać, zmierzamy do finału, przechodzimy przez lekarską szarość dnia, habilitacje, staże, spory, nocne dyżury, zauważone i niezauważone poświęcenia, zagraniczne wyjazdy. Wszystko, sylaba po sylabie, drobiazgowo, jak może tylko wyjść spod pióra ordynatora sporego szpitala. Żaden pisarz przecież nie wystudiowałby tego lepiej, nie starczyłoby mu życia i chęci.

Nie będzie w tym zaskoczeń, fabuła pozwoli do siebie przylgnąć, nie natrafimy na językowe kiksy. Żadna tam wielka literatura, kawał pracy erudyty, który chciał od siebie innym dać coś ekstra. Kiedyś skądinąd prawdopodobnie wszyscy z tego ”pułapu” wykształcenia tak gryzipiórkowali, i aż żal tyłek ściska, że to odeszło. Umarł tamten świat, czarno-białe pocztówki z wakacji, maniery, sztuka pisania listów, refleksja, humanizm, zostały jedynie książki, żywe świadectwo ancien régime świata kultury niematerialnej.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *