Ostatnia arystokratka czyli z dziejów surrealistycznej czeskiej hekatomby

ostatnia arystokratka
1

Evžen BočekOstatnia arystokratka to przypadek kliniczny z założeniem natychmiastowej hospitalizacji. Tu nic nie jest tak jak byście sobie myśleli, bo to nie jest normalna książka, normalny autor i normalna historia. Nie możecie tego przewidzieć, wyobrazić, poczynić jakichś założeń. Ta książka jest jak surrealistyczny arsenał atomowy, jak wojny których nie było, jak Ajatollah Chomeini grający przy wódce w rozbieranego pokera z prezydentem Zemanem, jak Ivan Trojan w polskiej telenoweli w roli braci Mroczków, jak Boguś Linda w Dirty Dancing w roli tej stetryczałej pary złodziei, jego, jej, nieważne, czy może nawet jak Burdż al-arab w Kazimierzu nad Wisłą. Tego po prostu nie było, bo dopiero teraz zgrały nam się w czasie, wyjątkowo zdebilała i dekadencka doba i autor, a zarazem Kasztelan jednego z czeskich zamków w jednej osobie, którego z racji nieprzewidywalności  należałoby nazwać wielkim zderzaczem hadronów. Pił, ćpał, onanizował się na okrągło, świntuszył z połową personelu, niewykluczone że i wszystko naraz, powody będą dla mnie niejasne aż po grób. Ostatnia Arystokratka ostatecznie nie narodziła się w głowie człowieka stabilnego emocjonalnie.

Kot pod wpływem barbituranów zasypiający w trakcie…..no tak, Deniska, córka wierzyciela zamku i jednocześnie była ćpunka i aktualna anorektyczka, z gównem na twarzy(Pulp Fiction). Kasztelan w szlafroku oczekujący podwyżki biletów do poziomu średniego wynagrodzenia w Czechach, kucharka ciągnąca równo orzechówkę, a na koniec szalona amerykańsko-czeska trójka właścicieli powracająca do swoich europejskich włości. On ze swoją neurotyczno-histeryczno-dwubiegunową osobowością, Ona, Amerykanka, na progu wyobrażeniowej katastrofy, po tym jak kolejna biografia księżnej Diany w niczym nie przypomina jej nowego życia. I na koniec ich córka, jednocześnie narrator, w zasadzie jedyny normalny w tym zwariowanym gronie.

Dorzucić by można jeszcze muflony, turystów, którzy w zależności od optyki, mają być zwabieni, wydojeni, a potem przepędzeni, najlepiej bez zbędnego postoju w kiblu, by nie generować kosztów. Zawsze to niepotrzebny kłopot. Dodatkowo katakumby skrywają duchy, dogom podaje się Prozac, ogrodnik grywa roślinom na fortepianie, jezuici w Bitwie pod Białą Górą walczą z Joanną d’Arc, a Deniska pyta o ścianę płaczu i jej lokalizacje w zamkowych komnatach. Są jeszcze Himmler, Vondračková i książę Schwarzenberg, jedyny autentyczny bohater książki, jak sugeruje autor. W tej książce fabuła nie daje odpocząć, nic nie spada, nie rośnie i nie zwalnia, nie jest ani lepiej ani gorzej, bo panują jednakowy zgiełk i znaczeniowo-poznawczy galimatias. A my nie wnikajmy, nie drążmy, tylko zasuwajmy za autorem oddając się nastrojowi i rozumiejąc, że tego wieczoru ograniczenia na drogach nie obowiązują.

Zapraszam też do wpisów o wizycie w Browarze Radegasto czeskim dizajnie, czy o rozpadzie Czechosłowacji okiem Czecha.

Jak i to nie zaciekawi może zainteresuje przepis na  pyszne czeskie buchty.

Zamieszczam jeszcze do link do zeszłorocznej wizyty Evžena Bočka w Raciborzu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.