Polskie tropy Inwazji na Czechosłowację czyli z dziejów smutnej czeskiej ósemki

Inwazja 1968 rok
2

Operacja Dunaj i cała interwencja wojsk Układu Warszawskiego rozpoczęta w nocy z 20 na 21 sierpnia 68 roku po dziś dzień jest dla Czechów traumą. Nadal o niej mówią, przywołują w mediach, wspominają. Jeszcze dziś rano w radiowym Radiožurnálu w programie Host Lucie Výborné gościem była ekspertka do spraw bezpieczeństwa Kristina Soukupová, a pierwsze pytanie dotyczyło inwazji. Nie mogło być inaczej.

Ja jednak chciałbym skupić się na polskich ”tropach”, asocjacjach w które te niecne wydarzenie o nazwie Operacja Dunaj wyposażyliśmy. Te z ”przedednia” wydają się solą tego wydarzenia i polskiej w nich roli. Gdy po obraniu I sekretarzem Alexandra Dubčeka w Czechosłowacji rozpoczyna się wiosenna odwilż, pierwszymi którzy chcą surowo i czynnie zrealizować doktrynę Breżniewa, są Władysław Gomułka i Walter Ulbricht. Tej naszej awangardy się nie wyprzemy. Też gdy spełzną na niczym prośby o zniesienie cenzury i rozprawienie się z wrogami wewnętrznymi, to właśnie w południowej Polsce rozpocznie się Pochmurne lato 1968, ćwiczenia wojskowe z których „co by dup”  zrobi się Operacja Dunaj.

Jak przedstawiała się interwencja w polskim wydaniu w liczbach. 2. Armia Wojska Polskiego, około 24,3 tys. żołnierzy, 647 czołgów, 566 transporterów opancerzonych operowało na północy Czech przez 84 dni. Mniej więcej to wszystko w rejonie wyznaczonym przez Jičín, Kutną Horę, Havlíčkův Brod, Poděbrady. Z najistotniejszych miast z kolei warto wymienić Hradec Králové i Pardubice, przed radzieckim przejęciem po kilku dniach także historyczna stolica Moraw, Olomouc. Gdy szuka się źródeł tych pierwszych antypolskich niechęci współczesnych Czechów, może dla porządku nie wliczając już w to sprawy Zaolzia z 38 roku, ta wcześniej wskazana północ Czech, rok 68 i pokolenie dzisiejszych około siedemdziesięciolatków dosyć precyzyjnie epicentrum tych nastrojów wyznaczają.

Co robili z kolei polscy żołnierze w praktyce, a jakie założenia poczyniono wcześniej, dzieli spora przestrzeń. Wobec spadku morale w Czechosłowackiej Armii Ludowej o unieszkodliwianiu jej nie mogło być mowy. Blokowano więc głównie czeskie garnizony i kontrolowano potencjalną koncentrację większej liczby żołnierzy. W praktyce często czołgi w dużych miastach pozbawione były stanowisk ogniowych z prawdziwego zdarzenia, sprzęt nie był maskowany, nie tworzony był realny szyk. Skupiano się również na działalności propagandowej, choć wobec Czechów, mistrzów biernego oporu, z kiepskim skutkiem. Niech ilustracją różnych mistrzowskich czeskich zagrań będzie kilkanaście godzin potrzebnych Armii do pokonania odległości 70km z przejścia granicznego w Lubawce do Jičína. Ściągane tablice z nazwami miejscowości, odwracane znaki, barykady z opon, zerowa chęć poddania się obcej propagandzie.

Jest w tych wszystkich urywanych polskich tropach rzecz, wspomnienie, trauma i koszmar, których polskiego rodowodu nie zatrze nic. W nocy z 7 na 8 września pijany polski szeregowy Stefan Dorna w Jičínie na skrzyżowaniu Na Letné zabija dwójkę zupełnie bezbronnych cywilów. Ten żyjący do dziś człowiek zorganizował sobie strzelanie z automatu kbk AK HZ 07357, zabijając w bestialski sposób dwójkę Czechów, Jaroslava Veselého i matkę ocalałego cudem jego kolegi, Zdeňke Klimešovą. Postrzeleni ostają też polscy żołnierze próbujący Dornę obezwładnić, oraz mąż Zdeňki. Przez wiele lat, bo do lat dziewięćdziesiątych Czesi byli utrzymywani w przekonaniu, że Dorna został skazany na karę śmierci, a wyrok niezwłocznie wykonano. W rzeczywistości przedterminowo wyszedł z więzienia jesienią 83 roku.

Z polskich traum, zupełnie przez świat przegapionych można przytoczyć Ryszarda Siwca, żołnierza AK, po 89 roku odznaczonego orderem Tomasza Masaryka I klasy. Siwiec i jego samospalenie zresztą do dzisiaj bardziej znane są w Czechach niż w Polsce. Biorąc pod uwagę fakt, że ten dzielny człowiek dokonał tego aktu podczas dożynek obchodzonych na stadionie XX-lecia, nad czym nie dało się spuścić zasłony milczenia, a Operacja Dunaj masowo była komentowana na zachodzie, rzecz niebywała. Świat pamięta jedynie Palacha.

Z aktów niechęci wobec inwazji , i to pomimo działającej propagandy, można się jeszcze sporo doszukać. Mamy środowisko komandosów, listy protestacyjne ”reglamentowanych” bohaterów, Sławomira Mrożka na emigracji, Bronisława Geremka, Tadeusza Łepkowskiego. Jednak nie należy na tym poprzestawać, bo to tylko fasada. Za nią były setki, o ile nie tysiące osób, spontaniczny kolportaż ulotek, plakaty, rezygnacje z partyjnej legitymacji, kwiaty pod ambasadą CSRS, anonimowe listy do ambasad państw zachodnich. Niektóre te akty były czysto symboliczne, za inne wylatywano z pracy, wielu złamano kariery. Trudno przedstawiać liczby, można za to mówić o ich spontaniczności i szerokiej skali.

Przypomniał mi się jeszcze żart, jak Alexander Dubček i Wojciech Jaruzelski spotykają się w żołądku Breżniewa i ten pierwszy pyta

– A Ty jak tu trafiłeś?

– A wiesz…ja wszedłem z drugiej strony…-odpowiada Jaruzelski

Zapraszamy do przeczytania innych artykułów, jak Jarosław Kaczyński z czeską diakrytyką, Hvozdnický expres czyli mała podróż w czasie, o Army Family Day w Ostrawie w Landek Parku, cy choćby historii największej tragedii w powojennym czechosłowackim górnictwie, a więc Dukla 61. Pozostaje też dla smakoszy Vepřé-knedlo-zelo czyli  o czym tu w ogóle gadać.

Photo © AIPN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *