Ogród rodzinny. Zalotnik czyli nigdy więcej trylogii.

Zahradnictví: Nápadník
0

Ogród rodzinny. Zalotnik czyli nigdy więcej trylogii.

Ogród rodzinny. Zalotnik – trzecia część trylogii poprzedzającej kultowe Pelíšky nie zaskakuje wyborem formy. Może niektórym wydawać się formalnym przeskokiem odejście od melodramatu i dramatu do kina pogodnego z większą dawką humoru, ale przecież okoliczności dziejowe w takiej właśnie chronologii się pojawiają. Był czas tęsknoty i melodramatu, była dramatyczna krzywda obozowo-wojennej przeszłości, nastał więc i czas na czyjąś młodość. Do rangi tła odeszła z kolei trudna doba końca lat pięćdziesiątych.

Młoda dwójka, Daniela i Filip( Anna Fialová i Ivan Lupták), pierwsze ujęcia w okolicach Jaroměřa znanego choćby z obrazu Něžné vlny i młodzieńcza sielanka lata. Wykreślona dwójka nie znika później już z pierwszego planu, co należy zaliczyć grzebiącej się w przegadaniu filmowej trylogii duetu Jarchovský-Hřebejk akurat po stronie atutów. Tytułowa para ma potencjał, budzi zainteresowanie, czuć w niej też duży filmowy wdzięk. Chwilę później jednak następuje lekki przeskok, a powojenne choleryczne pieniactwo praskiego mieszkania znanych z poprzednich części trylogii Jindřicha i Vilmy , wydają się wyznaczyć dalszą część fabuły. Znakomita większość scen zresztą toczy się od tej pory w tym przywołującym niepotrzebną kameralność praskim interierze.

Kontekst historii pędzi niemal niezauważony bokiem, ukradkiem naszym oczom ukazuje się przesłuchanie „bez historii“ u chłopaków z StB pozostawione bez kontynuacji. Miłość naszej paru pomna razów rozdawanych przez „przyszłego“ Jiřího Kodeta, brnie w swoje uczucie nadal i z ciekawostek stu trzynastu minut filmu byłoby na tyle. Hřebejk przegaduje niemiłosiernie dosyć uniwersalny temat miłości sabotowanej przez rodzica, wprowadza inkrust historii, choć ten jest zarzucany i ponawiany do woli, a widz kilkukrotnie łaskotany niezłej klasy dowcipem, znowu zaczyna się gubić.

Bo skoro romantyczna dwójka i dychotomia domowego quasi-sporu, to po cóż te akcenty niewyraźnej historii. Leitmotiv filmu może tych nieszczęsnych sto trzynaście minut by nie udźwignął, ale już na całkiem poczciwy kawałek kina miał kwalifikacje. Wdzięczna wnuczka Fialová ma w sobie czar dawnego kina, zabawowy charakter dopełniają młodsza siostra Jindřiška, kuzyn-lekkoduch Karel i niezłomny rodzinny chciwiec, ciotka Marči. Bywa śmiesznie, ale też znowu nie na tyle byśmy odkryli powtórną przygodę Pelíšek, a dłużyzny domowego aresztu Danieli i cykliczne spotkania weteranów po prostu doskwierają. Ma się poczucie, jakby HřebejkJarchovským siedzieli nad rodzinnymi albumami i prowadzili fabułę tak jak nakazują im to chwilowe wzruszenia. Jest sentyment, jowialny uśmiech, gwałtowny przeskok i tak w kółko.

Co policzyłbym zatem obrazowi Ogród rodzinny. Zalotnik  po stronie : zysk? Martin Finger w roli kodetowego klonu wypada wiarygodnie, młodzi przekonują, a techniczny szczegół, mimo że zbyt „artystyczny”, daje poczucie obcowania z doświadczonymi filmowcami. Zrozumiałe jest charakterologiczne tło Jindřicha, gmatwanie się w rodzinnym choleryźmie, będącym przecież ersatzem dla wydarzeń prawdziwego życia. Udało się jeszcze tych parę żartów z martyrologią Davida Novotného oddającego nowożeńcom kaktusa. I chyba tyle.

Ogród rodzinny.Zalotnik nie uporał się poza tym z żadną ze swych ambicji. Wyrastając odrobinę nad swe poprzedniczki, Ogród rodzinny. Przyjaciel i Ogród rodzinny. Dezerter zostanie zapomniany równie szybko. Dał też świadectwo fabularnych błędów, gdy rodzinny kontekst obu twórców pozbawił ich filmowego sznytu. Zużyli więcej taśmy filmowej, niż dostała cała Czechosłowacka kinematografia przed pięćdziesiątym trzecim rokiem, zatrudnili połowę praskich aktorów i zwyczajnie nadużyli naszego zaufania. Trylogia jest mizerna,  a symbolikę Ogrodu rodzinnego będzie odgadywać z jakichś dwadzieścia kolejnych roczników praskiej filmówki.

Zapraszamy też do przeczytania recenzji filmowo-książkowego tandemu Grandhotel,   telewizyjnego skarbu czeskiej telewizji o największej tragedii górniczej w tym kraju Dukla 61,  czy filmu Jana Hřebejka który nie przestaje mnie zachwycać, a więc Učitelka. Może też polecę tekst Rudolf Hrušínský czyli czapki z głów panie aktorki i panowie aktorzy.Niefilmowo zapraszamy również do czeskiego dizajnu, oraz o tym jak wybrać się tam gdzie diabeł mówi dobranoc, czyli Hvozdnický expres.

Photo © CinemArt / Karel Cudlín

 

Dodaj komentarz