Ogród rodzinny. Przyjaciel czyli pomysł na ponad dwie godziny bez pomysłu

Zahradnictví: Rodinný přítel
0

Ogród rodzinny. Przyjaciel wtopił już na początku. Było Pupendo, Pelíšky, Nevinnost, Musíme si pomáhat, Kawasakiho růže, filmy w większości dobre, często i znakomite, była niedoceniana minimalistyczna Učitelka, była – od przypadku do przypadku-  telewizyjna hucpa. Jednak zawsze, gdy ich film ocierał się  o jakiś poziom, grał i tytuł. Tu jest to tak niewydarzone komercyjnie, po wglądzie w film też pozbawione mocy, że ręce opadają. Potem ktoś wpadł na pomysł, by podkreślić fabularny bieg wydarzeń mający być tłem do późniejszych chronologicznie Pelíšek. Jindřich Krause, żona Vilma, dávám bolševikovi rok, obiekty jeśli nie miłości, to na pewno formatu kultu współczesnych Czech. Ale i to okazał się strzał w stopę, bo poszukiwać tu nośności i stroić w pelíškove pióra – to już nadmierne żądanie, zwłaszcza gdy czas płynie i Pelíškom robi tylko dobrze.

Ogród rodzinny. Przyjaciel to po prostu bubel, widać może jeszcze jakiś ślad duetu Hřebejk-Jarchovský, jest sporo nazwisk i ponad dwie godziny materiału, ale próżno szukać pomysłu. Może dwóm panom potrzebny prysznic, odpoczynek, chwila artystycznej rozłąki…….zapewne krytyka z zewnątrz. Film jest pomyślany jako część szerszej trzyczęściowej sagi, i niżej podpisany przyznaje, że ta druga, Ogród rodzinny. Dezerter jest już zdecydowanie lepsza. Być może perspektywa całej trylogii jak zostało to pomyślane nada temu inne ramy, ale czyż artystycznie pozostała dwójka może wybronić ten pierwszy obraz – to już powątpiewam.

Ogród rodzinny. Przyjaciel to rozgrywający się w czasach  niemieckiej okupacji rodzinny dramat. Protektorat robi już swoje, trzy „potencjalne wdowy“, aresztowania ich mężów i trochę wysterylizowana rzeczywistość. Dodatkowo dwadzieścia minut szybkich ujęć i fabularnego bogactwa, po których niestety już tylko flauta. Geislerová gra Geislerovą, Míčová i Melíšková dla potrzeb filmu uczyniły trud i się przebrały do swoich ról, a orbitujący przyjaciel, Ondřej Sokol, robił przez 120 minut jowialne miny z dodatkiem prozaku. Mamy wtem za sobą tło, przewidywaną linię fabuły, i dalej już nic. Panie żyją nad wyrazgodnie, gdy wziąć pod lupę czasy, aprowizacja zdaje się niezgorsza, plączą się między nogami dzieciaki, gdzieś przejedzie się ruski sołdat na koniu, a połowę antenowego czasu rozpakowuje się prezenty świąteczne. Wszystko to nierealne, funkcjonalistyczna willa -dowód przedprotektoratowego statusu- zdaje się jak delfin u ujścia Wisły, wokół pustynia,  nazbyt cywilizowani oswobodziciele, bez wyjątku historycznie słabo przepracowane. Główna bohaterka wskazana przez widza po trudach, Wilma, otrzymuje informacje o śmierci męża, przychodzi smutek, znowelizowana tabula rasa powoli dojrzewa do przydomowego adoratora. Dłuży się ten obraz niemiłosiernie, przecinają konteksty, w tle rodzinne szklarnie, zakamuflowany sabotaż, David Novotný z kaktusami, wyszczekana toksyczność Sabiny Remundowej, której starczyłoby na pełnometrażowy film. A tu zjawia się na scenie, by przygrzmocić i zniknąć. W dalszym planie  jeszcze Karel Dobrý, dla mnie jeden z najwybitniejszych czeskich aktorów średniego pokolenia, a w finale zmartwychwstanie przyszłego Jiřího Kodeta. No i ten cały babski katalog środków, peszyć, poudawać, porywalizować, podjechać rowerem w celach prokreacyjnych do pobliskiego szpitala, istna groza.

Ten film nie ma tempa, nudzi niefrasobliwością milionów nieprzepracowanych i poprzeciąganych pomysłów z których powstaje artystyczny zgiełk. Sceny są przegadane, wątłe treściowo, umazane artystycznie bez potrzeby. Być może ma to przypominać współczesny czeski „akt założycielski” pierwszorepublikowego espritu lepszego mieszczaństwa, gdy wokół zaprzaństwo wojny i ogółem skurwione czasy. Ale czy to w końcu dramat kobiet, dramat wojenny, wielowątkowa saga, trudno rozsądzić. HřebejkJarchovským wydają się bezbronni wobec funduszy filmowych, bogactwa aktorów na podorędziu i tematu, którego nie udźwignęli. Ponoć Hřebejk nie znosi komunistów, i modus vivendi pelíškovego mikroświata kamienicy odsłaniającego okna na świat mu wychodzi. Nazizm z kolei oswoił w Musíme si pomáhat, ale tu historia i dorzucenie jej artystycznej formy, go wyraźnie przerosły.

Zapraszamy też do przeczytania recenzji filmowo-książkowego tandemu Grandhotel,   telewizyjnego skarbu czeskiej telewizji o największej tragedii górniczej w tym kraju, Dukla 61,  czy obrazu Jana Hřebejka który nie przestaje mnie zachwycać, czyli  Učitelka. Niefilmowo zapraszamy również do czeskiego dizajnu, oraz o tym jak wybrać się tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, czyli Hvozdnický expres.

Photo © CinemArt / Karel Cudlín

Dodaj komentarz