Nuselski punk czyli Pat i Mat bez kolorów i w oparach THC

Nuselskej punk
0

Zrecenzować Nuselski punk to rzecz kłopotliwa. W czytelniczej głowie siedzi ciągła ambiwalencja myśli, szuka się poznawczych walorów, coś znajduje, sporo treści rozbawi, a na koniec przecież coś nie gra. Nusle, czarna dziura poza praskim turystycznym świecznikiem, gdzieś tam w dole pod wysokim mostem, z którego za dużo nie widać. Skrzyżowano tam Pata i Mata, kazano usunąć kolor, podlano piwem, a gdy dramatu nie wystarczyło, dorzucono kolejne. Džudo ergo autorskie alter ego to chłop z duchowych nizin, gdzie zielsko wypala dziurę w stropie, a on lezie po następne. Taka z niego hurtownia używek i beznadziei podlana zakapiorstwem i lokalno-nuselską mentalnością Vandama z Alei Narodowej Jaroslava Rudiša.

Džudo to też lokalny nacek, działający według porywów moralnych wzlotów, gdy komuś przypadkiem trzeba odjąć kilka pozycji z górnego uzębienia. Wchodzi gdzie się nie ma, budzi litość, zaciekawia, gnębi nieustałym interwałem poznawczo-naprawczym, a na koniec wszystko partoli. Obok niego następni, Koráb, Trawa, Pípa, patologicznie umocowana Bára i kuźnia tych „ życiowych” talentów, Na Závisti. Tam  spotykają się wolne knajackie elektrony, plugawy język, strzępy widoków na przyszłość i jedyny wspólny margines, kiepski finał. Ci ludzie tam zostają, pomysł ściga się z pomysłem, a ostatecznie przecież masowe rażenie THC czynszu nie zapłaci.

Nuselski punk pewnie ma swoje wielkomiejskie kopie i gdzie indziej w Europie. Tak jak i tamte też nie wyjdzie poza swe proletariackie rogatki, zawsze się w nich zatnie. Strasznie to wierci głowę, nuży, ale nie pozbawia książki sensu. Bo ten świat jest jak język  kryjący się pod Green Scum, innym narzędziom ta rzeczywistość by się wymknęła. Czy jednak  Nuselski punk ma przywoływać Hrabala? Hrabal chyba nie smucił, Green Scum  w swym czarnym humorze i owszem. W końcu śmieciarskie piruety na rolkach, polski Fiat 1500 z telewizorkiem obok zegarów i tańszy zeszłoroczny kalendarz choć powykrzywiają nas trochę mimicznie, zawsze mają dwuznaczny ładunek. Ot taki nihilizm bez wsparcia z zewnątrz i chęci w duszy, smucący w nieuleczalnym transie.  Zresztą ta cała książka to  trans bez widoków. Bez widoków prawdopodobnie jest też tłumacz, bo utopence to nie parówki, a tłumaczenie ty vole, jako wole wkurzyło google translate. Ten ostatni bowiem z niewiadomych przyczyn nie otrzymał honorarium z tytułu tłumaczenia tej książki.

Z innych wpisów zapraszamy do przeczytania: Kar Miloša Urbana czyli kanibalistyczne Karlowe Wary, To nie jest raj Michała Zabłockiego  czyli to nie jest raj, Czeska kinowa jesień czyli nie tak źle w tym roku, Všechno bude czyli skromne kino warte sześciu statuetek, oraz Browar Ossegg czyli dwunastka w wymarzonej cenie i konfiguracji.

Photo © czechypopolsku.pl

 

Dodaj komentarz