Czeskie kino doby normalizacji czyli z nieśmiertelną propagandą w tle

Menšík i Sovák
2

Staram się patrzeć na komunizm na tyle szeroko, by rozumieć kontekst jednocześnie nie tracąc szczegółu. Różni ludzie, różne historie zbierają się na jego inwentarz, a przecież cały czas pozostaje bardzo negatywnym doświadczeniem. Jednak Przemyk, Pyjas, chłopaki z ZOMO, ubeckie gry, Strajk w Wujku  to tylko jedna z jego twarzy. Był też serwilizm, awanse z gwiazdką, gdzie za gwiazdkę służyła przyszła możliwość wykorzystania takiego człowieka w każdej toczącej się w mikroskali politycznej zawierusze. Były kartki, talony, nieprzespane noce, niezłe żarcie na tle generalnie bardzo słabej aprowizacji, tandetne zabawki-czołgi z CCCP. Te cienie epoki jednak w żaden sposób nie powinny nam odbierać żaru życia, a ten tlił się, nawet jeśli w złym czasie. Możemy oskubać komunizm ze złudzeń, ale przecież Barei, architektonicznego modernizmu – z racji stanu technicznego już dzisiaj trochę straszącego – przecież nie wymażemy z pamięci.

Czesi mają tu trochę inaczej, bo okazali się bardziej radykalni – choć nie znowu tak jak się to opisuje – w sprawach weryfikacji ludzi starego systemu, a przy tym dość pobłażliwi, i to po dziś dzień, gdy idzie o różne przybytki spod znaku czerwonej gwiazdy. Nie rusza ich to, nie wzburza, a czerwona gwiazda tu i tam sobie cierpliwie jest. A piszę to wszystko, by trochę inaczej popatrzeć na socjalistyczne kino. Ono się zmieniało, mogliśmy to obserwować, inaczej przebiegały granice moralnych wyborów, prywatnych rachunków sumienia ich twórców, różne były proporcje serwilizmu i talentu, jak świat światem nie zawsze idących w parze. Ale też kino to obraz życia ludzi, tam i wtedy i pal licho społeczne zaangażowanie, szczyptę propagandy, gdy wypełniało ludziom życie dostarczając odrobiny śmiechu. A miara tego wszystkiego, niech sobie ją widz rozsądza sam.

Tak było ze znaną ”trylogią” Bouřlivé víno, Zralé víno i Mladé víno Václava Vorlíčka. Trzy filmy w pięcioletnich interwałach z lat 76, 81 i 86, signum temporis swoich czasów, od husakowskiej normalizacji aż po pierestrojkę, gdy już trochę luzowano. Najpierw Bouřlivé víno, JZD w fikcyjnych morawskich Pálavicich, zaangażowany przewodniczący Michal Janák, roztropny i przenikliwy, gdy na horyzoncie przemalowany austriacko-czeski burżuj i paru chcących iść na swoje właścicieli winnic. Rok 68 podkręca ”ideologiczny koloryt”, podstęp i nikczemność wrą, ale oni, owi ”widzący światło socjalistycznej prawdy” muszą wygrać. Czuć jeszcze niebywałą propagandową bezczelność, numery z paszportem otrzymanym ot tak, austriacki uciekinier żyjący w nędznej wiedeńskiej ruinie, politruk czuwa, a rude tło nie ustępuje.

Mija pięć lat i przychodzi czas na Zralé víno. Vladimír Menšík dostaje niezłego aktorskiego kompana, Jiřího Sováka w roli pułkownika rezerwy, jednego z tych wymierzających ekierką przepisy BHP i czuwającego nad dyscypliną urokliwych wariatów, a propaganda, tak nachalna pięć lat wcześniej, wydaje się puszczać. Chciwcy wciąż muszą przegrać, ideowi komuniści nadstawiają gnaty, gorąc sporów w walce o spółdzielcze lepsze jutro trąci nadal myszką, ale próg bólu mimo wszystko nienaruszony.

Przychodzi jeszcze rok 86, Mladé víno, mądrość etapu wyrzucała przed szereg farbowanych śmiałków, wcześniej umiejętnie milczących, ale w filmie już zaczynała się burza zmian. Można było system ironicznie wyśmiać, posłać niewybredne gagi, i ogólnie czuć było wiatr zmian. Janák Menšíka trochę w tle, chyba już widać trochę chorobę aktora, ale sekundanci z Janžurovą, Josefem Abrhámem, tudzież mistrzem czeskiego Dabbingu, Františkem Filipovským wystarczają za aktorską obsadę. W centrum jeszcze komputer, nowe jestestwo w zgranym świecie morawskiego grajdołka, paru sabotujących wsteczników i polski element pod koniec. Przyjeżdża polska delegacja, oglądają zakład, podchodzą do zakładowego szabrownika, chwilę wcześniej złapanego na złożeniu sobie ”prywatnego” traktora. Ten deklaruje, że traktor oddaje spółdzielni z miłości, a polski wysłannik z podziwem wypowiada……takich ludzi to u nas nie ma.

Zapraszamy też do przeczytania recenzji filmowo-książkowego tandemu Grandhotel,   telewizyjnego skarbu czeskiej telewizji o największej tragedii górniczej w tym kraju Dukla 61,  czy obrazu Jana Hřebejka który nie przestaje mnie zachwycać, czyli filmu Učitelka. Niefilmowo zapraszamy również do czeskiego dizajnu, oraz o tym jak wybrać się tam gdzie diabeł mówi dobranoc, czyli Hvozdnický expres.

Photo © Filmové Studio Barrandov

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *