Michal Viewegh czyli celebryckość częściowo kontrolowana

Cudowne lata pod psem
2

Gdy Michal Viewegh w  programie Host Radiožurnálu został zapytany o to, jak poznać w sobie prawdziwego pisarza, odpowiedział mniej więcej tak – udać się ze znajomymi do gospody i tam sprawdzić, jaki to ze mnie gawędziarz. Jak słuchacze wyjdą to nie wróży to za dobrze. Później to spisać etc. Dość powiedzieć, że w Czechach według powyższego papiery na pisarza przypadały by każdemu z automatu.

Od czasu Cudownych lat pod psem Michal Viewegh pisał regularnie i w dużych nakładach. Zdarzały się i takie po dwieście tysięcy jak Wycieczkowicze (Účastníci zájezdu) , doczekał się tłumaczeń na dwadzieścia sześć języków. Niebagatelną rolę w propagacji jego literatury odgrywał też film, muza szczególnie łatwo przysposabiająca jego książki. Jan Hřebejk, Jiří Vejdělek, czy Alice Nellis to trzy najgłośniejsze nazwiska, ale  autorów obrazów Román pro ženy tudzież Román pro muže też powinniśmy mieć w pamięci. Warto, bo prokurator generalny Miroslava Donutila w tym ostatnim to prawdziwa aktorska perełka

Sam o swoim pisarstwie mówi uczciwie, że jakkolwiek z Ernestem Hemingwayem trochę dystansu go dzieli, tak już ze średnią amerykańską w rodzaju Johna Irvinga w bój stanie bez kompleksów. I tak też sytuowałbym go ja, bo jednak porównywanie do Katarzyny Grocholi, co w polskich ustach słyszałem, chyba nie przejdzie. Trzymajmy uczciwą miarę, a ironiczny humor, mimo popkulturowego charakteru jego książek postawmy o półkę wyżej. Ostatecznie też Nigdy w życiu w jednym szeregu z Cudownymi latami pod psem, do dziś chyba najlepszą książką autora, a przy tym doskonałym portretem totalitaryzmu z ironią w tle, zakrawa na mocną przesadę.

Michal Viewegh to również dosyć pogmatwana historia z popkulturą w tle z którą, jak sam autor się przekonał, należy z rozwagą. Początkowa popularność zawraca w głowie każdemu, on nie był od tego wolny. Media, wywiady, rauty, wieczorki, wszystko to  łącznie zapewniało dobrą poczytność i każda ze stron czerpała z tego garściami. Taka  ”celebryckość” w najlepsze. Jak sam się określa, był typem racjonalisty, więc odbywała się wokół tego pewna gra, trochę pochlebstwa, trochę obowiązku, nikt na tym nie cierpiał. Viewegh nie stronił od opowiadania o życiu, pijał Barolo, na wakacje wyjeżdżał nie gdzie indziej niż Malediwy, woził się niezłym samochodem, kolorowa prasa to lubi. Wszystko po chwili niestety poszło o krok za daleko. Wyjście ze szpitala z żoną trzymającą w rękach noworodka i strzelający z dala fotkę do kolorowego szmatławca fotograf zwróciły już uwagę autora. Nas pewnie to jeszcze nie szokuje. Historia toczyła się dalej. Rodzili w wodzie, czym Viewegh pochwalił się dwójce znajomych pokazując zdjęcie w swoim telefonie. Dostało się do prasy i to. Ci z kolorowych magazynów byli w swoim żywiole i pokusili się jednak o prawdziwą hucpiarską bombę, mistyfikację od początku do końca. Zmyślili romans z jedną ze studentek autora, którą przekonali do zdjęć zainteresowaniem jej pisaniną. Ta niepomna niebezpieczeństwa haczyk połknęła, a zdjęcia wkrótce ukazały się na łamach  z tekstem: najpoczytniejszy czeski pisarz odchodzi od żony w ciąży dla jednej ze swych studentek. Historia zataczała coraz szersze koła, zewsząd telefony, ”życzliwe” pytania, jak to, czemu nic nie wiemy, czy na pewno się nie rozwodzicie. Można powiedzieć: trochę klasyka, ale bądźmy uczciwi, telefony celebrytów do zaprzyjaźnionych szmatławców, granie na popularność, to jeszcze nie historia zmyślona od początku do końca. Skończyło się odszkodowaniem w wysokości dwustu tysięcy Kč, kwoty groteskowej, gdy wziąć koszty Viewegha na co najmniej dwukrotność tej sumy. Był w tym przy tym jednak jakiś sukces, pierwszoplanowy gwiazdor i jego, nawet jeśli pyrrusowe, to przecież zwyciestwo. Później próbował mobilizować ”celebryctwo”, by pewnym tytułom nie dawać wywiadów i omijać je szerszym łukiem, ale bez sukcesów.

Można to wszystko spointować krótko, chciałeś popularności, licz się z jej konsekwencjami, bo reguły regułami, a w dziedzinie w której się kopie piłkę i strzela do bramki, kopie się również nogi przeciwników. Tu niby między prasą a ”gwiazdą” relacja ździebko inna, ale jak widać niezłego kopa w łydę dostaje się tak samo. Cena popularności po prostu.

Zapraszam też do Michala Viewegha jako aortocelebryty, czy recenzji Emila Hakla, Jana Balábana, czy Pavla Kosatíka.

Dla smaku może jeszcze Pod zeleným dubem czyli polsko-czesko-śląska knajpa doskonała.

Photo © Česká televize / Miroslav Hurt

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *