Masaryk Juliusa Ševčíka czyli nie pomogą ani układy ani Karel Roden

Jan Masaryk
2

Ten film miał być jak piękne i bogate dziecko pięknych i bogatych rodziców, gdzie nic nie może pójść źle. Jan Masaryk, dramatyczny konflikt wewnętrzny, spory budżet, anglojęzyczne grono aktorskie, a na podorędziu jeszcze koteryjno-kuluarowa pomoc i dwanaście statuetek Czeskich Lwów. Na dodatek ten cały numer z jednym kinem i tym kilkorgiem dni, gdy widz mógł nacieszyć się tym wysokobudżetowym jak na czeskie warunki obrazem przed samą „lwią” ceremonią. Nie pierwsze to filmowe czary-mary w historii i chyba należy przywyknąć.

Te jednak dominanty nie musiały przekreślać dobrego obrazu jaki mógł zagwarantować scenariusz pisany przez życie. Jan Masaryk, klątwa niespełnionych ojcowskich ambicji, estyma ojca i mitu czasów Pierwszej Republiki, wątła dusza, muzyczno-rozrywkowe skłonności, bohema. Jeszcze może historia, która postanowiła go wystawić do karcianej rozgrywki o stawkę. I wszystko jakby było, dodano jeszcze szczyptę rozmachu, muzykę, anglosaską sztancę, gdy każda emocja telewidzowi podana jest w wersji niepoddającej się interpretacji. Płacz jak krokodyle łzy, melancholia wschodniego wybrzeża, skomplikowany doktorek wyprowadzający ”człowieka-historyczną klątwę” na prostą, życiowe zakręty ze strzałkami wskazującymi kierunki, salonowo-polityczne faux pas Chamberlaina popełnione cynicznie na młodym Masaryku z utkwionym weń krótkim spojrzeniem. Smutek przysłania ciemność, radość dmie w fortepianowe klawisze, historyczny kontekst relacji Beneša z jego protekcjonalnym Jendo, masarykowy powrót na patriotyczne łono w tle z bijącymi falami wschodniego wybrzeża. Słowem środki nudne i stare jak amerykańska kinematografia.

Masaryk może też być widziany z prostszej perspektywy. Głupia młodość uzdolnionego językowo i muzycznie młokosa, pobłażliwość dla własnych błędów, psychiatryczny casus za wielką wodą i wszystko przedzielone cezurą śmierci wielkiego ojca. Do tego przysięga związania się z Edvardem Benešem na dobre i na złe, gdy to złe spogląda już zza horyzontu. Po drugiej stronie zdrada monachijska, wątpliwa legitymacja krok w krok Beneša mitem ojca i jeszcze patriotyczna troska nakazująca mu trochę spoważnieć. Pomiędzy jeszcze świetny psychiatra, z niefaszystowską przeszłością z paroma stereotypami. Prosto to jednak trochę mało.

Jan Masaryk to antyczna figura na tle dramatu małego i dumnego środkowoeuropejskiego kraju i kroczący za nim przeciętny polityk Edvard Beneš, historyczne zniewagi z tą monachijską z przodu i piekło powinności zespolone z kruchym charakterem. W filmie nakreślono kilka linii dla tego tragicznego życiorysu, dodano sporo zagranicznego kapitału, niezłego Rodena, kapitalnego Kaisera i urwano całość zanim kogokolwiek dopadło, że może stworzymy coś więcej na poczet przyszłych pokoleń. Rodzima kinematografia w temacie wcześniej wiele nie wniosła, został emocjonalny rozkrok powojennego bratania się z komunistami z finałem z 48 roku, miłość do Marcii Devenport, instrumentalnie traktujący Beneš, a na koniec tajemnicza śmierć. Film się z tym nie zmierzył, a zamieścił jedynie kilka linijek informacji. Mam poczucie jak gdyby ktoś wyjechał za wielką wodę i zapomniał zrobić zdjęć, a dla udokumentowania wyprawy posłał kilka pośpiesznie kupionych pocztówek, a te okazały się piękne i nic więcej. Zawiedziony to właściwe słowo.

Zainteresowanych zapraszam do przeczytania o tym, że pewne rzeczy zdarzają się tylko w Czechach, i że Jaromírovi Nohavicy nie zawsze służą ogórki kiszone. A jeśli nie będziecie mieć dośćto może jeszcze Karel Gott trochę inaczej, czy o tym, że jak się wydało dwie części udanej książki, to trzecia może być wpadką, czyli Evžen Boček i jego Arystokratka na koniu. Na pocieszenie można też coś zjeść, czyli vepřé-knedlo-zelo.

Photo © Bioscop

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *