Jeden na milion Martina Reinera czyli książka nieokiełznana przez samego autora

Martin Reiner
2

Jeden na milion Martina Reinera się wymyka, może nie wyraźnie ale na pewno zauważalnie. Martin Reiner sobie radzi, w piórze jest przyzwoity, ale nie by dotknąć do żywego, czy nie dać o sobie zapomnieć. Czy więc jest przeciętny? Tu też nie będzie tak łatwo. Człowiek pogrąża się w wariacji wniosków, myśli o całości, myśli o poszczególnych opowiadaniach i mu nic się nie rozjaśnia. Może ktoś by te opowiadania porozrzucał po różnych tytułach od codziennych dzienników po prasę kolorową, wielu by nie zaglądnęło, a tych niewielu po lekturze by nie skrytykowało. No ale znowu nikt by nie pochwalił.

Nie pochwali mimo że też nie skrytykuje  nikt całości, bo to książka zbudowana ze zbyt wielu niewiadomych. Niewiadome są intencje całego cyklu, klucz porozrzucanych kolejnych opowiadań, ogólna intencja autora. Pierwsza z brzegu obciążająca toksycznością Greta , gdy widz vel czytelnik chciałby przyładować, a może będzie miał okazję? Anioł to znowu Hřebejk według solidnego scenariusza kumpla ze studiów i brata w twórczości Jarchovského w swoim mikropiekle. O czym ważnym w takim czeskim evergreenie jak 68 rok można napisać? Kiedyś pomierzyli niedźwiedzia w Peliškach i wyszło błyskotliwie. Reiner radzieckiego „ksichtu” nie wypróbował, a jedynie zadekował się w przedszkolu, tam przecież też coś się działo, choć już jedynie symbolicznie. Niby nieszczęśliwy docent, którego rozwikła samo życie huknie raz, masywnym uderzeniem, ale noce będziemy nadal przesypiali bez zarzutu. Podobnież jeden dzień. Potem się to znowu zacznie rozmijać, gdzieś każą nam wejść, gdzieś puszczą parę fajnych dźwięków i niezłą wizją, Harlekin o wolności każe się jowialnie śmiać i prosić o więcej. Potem zrobi się już zupełny bałagan. Być może Reiner nie umie wydobyć tematu na światło dzienne szerzej, może nie chce, może tkwi tu zamysł. Ja tego nie czuje przy założeniu, że książkę czytało mi się bez zarzutu. Zresztą gdyby mnie wyłowić z fantazjowania nad chwilowym fabularnym zakrętem, raz byłbym szczęśliwy, innym nie wysupłałbym z siebie zdania.

Tak sobie dość śmiało myślę, że tajemnica potrzebuje drogi, celu, rozwikłania – bo ja wiem – może klimatu, rysu epoki, na pewno ma dać poczucie jakiejś celowości. Tego u Reinera brak. Przez Jeden na milion przeprawił się sprawnym piórem, skoczył parę razy na główkę, zaliczył dwie bomby, potem gdzieś wpław pięknym delfinem, tyle że nikt nie wie po co właściwie wszedł dzisiaj do wody. Ale ten Martin Reiner to dobry pisarz.

Z innych recenzji zapraszam do przeczytania Przedawnienie Jiřího Březiny czyli jedynie sympatyczne 277 stron, Macocha Petry Hůlovej czyli dzieje kury nioski od  harlequinów, Zostańcie z nami Marka Šindelky czyli osiem opowiadań w bezruchu, Ota Pavel czyli Jak Tata przemierzał AfrykęIvana Myšková czyli Białe zwierzęta są bardzo często głuche, oraz Gottland czyli nie wiem co o tym Szczygle myśleć.

 Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *