Żółte oczy prowadzą do domu Markéty Pilátovej czyli słabo po prostu

Žluté oči vedou domů
4

Żółte oczy prowadzą do domu Markéty Pilátovej to rodzaj zjawiska o smukłej i skromnej formie stylistycznej, kończącego się wraz z końcem samej lektury. Może na jakimś etapie rozbudziła nasze nadzieje, może zapowiadała się ciekawie, ale tego stanu nigdy nie osiągnęła. To też rodzaj pisanej po babsku literackiej atrapy świata bez czasu w jej iberoamerykańskiej części, gdy nachodzi nas, jeśli ktoś nie mógłby tego zekranizować. Paleta kolorów brazylijskiej anarchii czasu i przestrzeni, bez cienia szans nadania logicznie zamkniętych życiowych konturów. W tle jeszcze czeska przeciętność bez miejsca na uśmiech, czyjaś młodość, korzenie tam, tu albo gdzieś pomiędzy.

Żółte oczy prowadzą do domu to emigracyjna hiperbola wyprowadzona z życia czterech kobiet w potrzebie rozstrzygnięcia swojego życia na nowo. Dwie stare historie, kontekst powojennej Czechosłowacji i życie wydzielone na innym kontynencie, a w poincie człowiek-tajemnica, jeden z tych pragmatycznych i emocjonalnych siłaczy, którym do decyzji się nie wchodzi, a których życie wchodzi z buciorami w życie innych. Subtelnie, instrumentalnie, demolując wewnętrzny spokój. Historie łączą dwie kolejne, młodsze wiekiem, rozmydlone w niezrozumiałych poszukiwaniach, na pewno też bezradne.

Niewiele u Markéty Pilátowej śmiałości, przemyka sobie po pejzażach, wplata wątek wywiadowczy, trzymając nerwowo w ręku ekierkę, tak by jej linie nie wyszły poza zamierzony kontur. Pisze o Brazylii i niewiele w niej Brazylii, Czechosłowacja to wciąż Czechosłowacja, choć wyblakła i pozbawiona znaczeń, zwornik fabuły też na koniec zdaje się płaski i pozbawiony misternie zapowiadanej tajemnicy.

Żółte oczy prowadzą do domu to niedookreślone ”ale” z emigracyjnym jestestwem w tle, trochę jak prostoduszny bełkot, trochę o niczym, nie formułuje się w nim pytań, nie uzyskuje odpowiedzi. Może kalkuje po iberoamerykańskiej literaturze, może chciał więcej, może zbyt wiele spotkało się w głowie autorki ze zbyt niewiele w piórze, a może – jak raz kolejny we współczesnej literaturze – komuś się znowu wydawało. Chyba na koniec nie wystarczy też słowo bezpretensjonalny, bo to po prostu kawałek słabej literatury.

Z innych recenzji zapraszam do przeczytania Przedawnienie Jiřího Březiny czyli jedynie sympatyczne 277 stron, Macocha Petry Hůlovej czyli dzieje kury nioski od  harlequinów, Zostańcie z nami Marka Šindelky czyli osiem opowiadań w bezruchu, Ota Pavel czyli Jak Tata przemierzał AfrykęIvana Myšková czyli Białe zwierzęta są bardzo często głuche, oraz Gottland czyli nie wiem co o tym Szczygle myśleć.

 Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *