Macocha Petry Hůlovej czyli dzieje kury nioski od harlequinów

Petra Hůlová
1

Nigdy nie byłem w wojsku, mam w głowie parę klisz, niewygodne prycze, zionie z pieców umieszczonych gdzieś na poziomie sutereny zapach kartofli Michelina. Druty, czołganie, ziemia, przeciągły krzyk używającego sobie w ramach wojskowego reżimu, starszego o dwa roczniki pajaca, tętno gra rock’n’rolla, mówią że czegoś nauczą. I człowiek w ramach obywatelskiego obowiązku sprzed lat przeczołgał ten kierat, a to co zapamiętał, to mniej więcej te parę stereotypowych wspomnień. Po latach jednak nie dorobi się to wszystko żadnej syntezy, bo poza tym, że było ciężko, nic nie było. Byli tam jacyś przed i po, potem zlikwidowali pobór i wspomnienie się ”rypło”. Z Macochą Hůlovej jakby podobnie, druty nad głową, błocko zakrywa świeżo zaplombowaną jedynkę, drący się debil nie rusza, ot przeczołgać się i zapomnieć. Tu doszło jeszcze poczucie, że skoro już ”mundur” został nałożony, to może warto coś napisać ku przestrodze tych, którzy jeszcze tego ”ananasa” nie kupili.

Petra Hůlová umie pisać, tu nie ma żadnych wątpliwości, ale chyba jednak coś się ”popstrykało” w drodze literackiej, były mocne początki, a jak ktoś zakosztował w czymś niezłym jakościowo, to pęd za kontynuacją już potem spory. Tak bardzo chciała wystrzelić w kosmos, że na koniec została z tego ta kapsuła z lichym ”spadochronikiem”, który tyle razy widzieliśmy w jakimś skrócie telewizyjnym.

Zauważyliście może ten mglisty fenomen? Nie wiem czy wszystko zrozumiałam, to było tak inne, nie szukajcie łatwej lektury, wchodzicie tu na własną odpowiedzialność, najbardziej osobiste, autorka poszła dalej niż do tej pory…………Jak wiele trzeba powiedzieć by nie powiedzieć nic , a przecież tyle właśnie powiedziała w tej książce Petra Hůlová.

Ta książka to feministyczne wyziewy duszy kury nioski od harlequinów, która pije i pisze na przemian. Czasem pewnie tylko pije, bo na tyle jedynie pozwala klaustrofobiczna licentia poetica kamienicy w której mieszka. Piętro niżej wścibska staromodna sąsiadka, na sobie szlafrok i egocentryczny ból, choć nie wiadomo z czego. Może jakieś poszlaki wyrzutów sumienia, stare jak świat skrobanki i szpitalny worek na śmieci, cisza twórcza, były mąż z dobrego domu, piekło niezrozumiałych maratonów kulinarnych produkowanych zapewne dla skruchy. Boli ją świat, płynna rzeczywistość związków ”paralelnych” z przeszłości, oralny gdzieś tam, i ciągłe wyziewy milionów mądrości na rauszu z jakimś zgrabnym neologizmem w tle. Masturcja i pizdenia rozkrokowa wspomniane na okładce ekstrawagancko przekrzykują rzeczywistość, a numer z dziećmi i jakieś quasi albo i nie quasi-erotyczne ”idiotyzmy” na tle już odchowanych dzieciaków, trącą gorszym Kosińskim.

Językowo przy tym jest zgrabnie, słowotok nie daje czytelnikowi dojść do siebie,” kobieta pająk jak Indianka w skarpetkach”,”choleryk na wiosnę jak szczypiorek radosny”, leje się to na nas wszystko hurtowo, a Petra Hůlová zasuwa dalej. Na koniec nieszczęśliwie dla siebie i Hůlovej zadajemy jednak sobie tylko jedno pytanie. Ile w tej książce życia samej Hůlovej? Inne głębsze refleksje się nie nasuwają, bywało w literaturze, w tym czeskiej, już bardziej ekstrawagancko, bardziej szokująco, głębiej, bliżej, celniej i pewnie też ”osobiściej”.

Zapraszam również do innych recenzji, Zostańcie z nami Marka Šindelky, Oty Pavla Jak Tata przemierzał Afrykę, czy czegoś o czeskim dizajnie, bądź Jarosławie Kaczyńskim z czeską diakrytyką. Może też mity czeskiego piwa.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *