Lord Mord Miloša Urbana czyli z życia Pragi końca XIX wieku

Miloš Urban Lord Mord
2

To bynajmniej nie jest łatwa w ocenie pozycja. Jednych wciąga bez reszty, inni zarzucają fabularne braki po stronie tempa całej historii, żaden jednak nie wali w tę książkę na odlew. Nie jest to tym razem funkcją mody. Decydują jak zawsze w świecie literatury różne upodobania.

Lord Mord nie stylizuje się, a jest żywą i głęboką repliką Pragi końca XIX wieku z wszystkimi jej zakamarkami. Szlam, brud, prostytucja, plany asenizacyjne, coraz bardziej zbiedniała i zepsuta szlachta, żydowski Josefov, to dopiero ramy tamtej Pragi. Ma ona aspiracje, ale to głównie przecież aspiracje polityczno-miejskich kuluarów gotowych na wiele, byle wprzęgnąć do tego miejsca żywioł na miarę innych europejskich stolic. Głębiej jednak pływają pieniądze, partykularyzmy, zmierzchy opuszczających materialne status quo, i tych widzących jutrzenkę napchanych kabz.

Lord Mord w pobliżu jeszcze miota tym, co naznacza ukochaną starą Pragę Miloša Urbana jej sednem. To powszechne zepsucie. Ten świat jest zepsuty od skorupki, odchodząca w niebyt szlachta, heroina, ”narkotykowa dilerka”, wsadzanie, wyciąganie, obciąganie, pozory kupczenia kobiecym ciałem, gdy się je bezwstydnie bierze i rzuca wraz metryką.

W tej książce można zabłądzić, fabuła nie pędzi, w zasadzie drobi nie licząc bardziej dynamicznej końcówki, ale jednak wszechogarniający pejzaż epoki i miejsca, praskie genius loci, wydymają nam wargi w zdumieniu i dają poczucie olbrzymiej sytości. Pojawia się kryminalny rys, Mięsko, zostawiający krwawe ślady swoich mordów, oczekujemy kontynuacji, a ta się nie śpieszy, znowu wypełnia nas odór i brud, gorąca głowa Hrabiego i polityczne niuanse dekonstruujące się powoli z dbałością o szczegół.

Kto kocha Pragę pokocha i ten jej odcień, zbuduje się jej dzisiejszym pięknem, a przy tym dojdzie do miejsca, gdzie każdy refleksyjny człowiek kiedyś powinien się znaleźć. Zrozumie, że wszystko już było. Nie natchną go zdziwieniem współcześni czyściciele kamienic, małoletnie kurwiątka, małolaty ćpające po dworcach, żadna tam nowość.

Miloš Urban jest świetny stylistycznie, zaprowadza czytelnika tam dokąd chce, partykularnie nim gra, zagarnia. Gdy chce być nowatorski, ponury, libertyński, znajduje do tego środki, bo ma świetny pisarski warsztat. Żadnych fałszywych ruchów, wysokie pisarskie ego, czasami myślę, że siedzi w nim odrobina psychopaty. W końcu to stare zdjęcie do polskiego wydania. Tamten koleś na pewno maltretował gryzonie i przybijał koty do drzwi sąsiadek, gdy któraś mu się niemiło nawinęła z pretensjami o poziom imprezowych decybeli.

No i jest to zakończenie, gdy dzieje się wiele ponad wcześniejsze rozdziały, fabuła gna, przychodzi finał i bęc. Dalej chwilowa pustka, zdumienie, bo o co właściwie w tym wszystkim chodziło. Kawał znakomitej literatury.

Z innych wpisów zapraszamy do przeczytania Boginie z Žítkovej czyli o morawskich felczerkach ludzkich dusz, Zostańcie z nami Marka Šindelky czyli osiem opowiada w bezruchu, Czyli Dizajn także po czesku, Polskie tropy Inwazji na Czechosłowację czyli z dziejów smutnej czeskiej ósemki, czy Jarosław Kaczyński czyli polska polityka z czeską diakrytyką.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *