Česká Skalice i okolice czyli zorganizowana przestępczość kulinarna do likwidacji

Hospoda u Prouzu.Zábrodí

Gdy człowiek jedzie do miasta urodzenia Boženy Němcové, poza wartościami kulturalnymi, czasem wypada coś przekąsić. Czesi długi czas w swoim kulinarno-komercyjnym nieskomplikowaniu nam nie przeszkadzali. W zasadzie umieliśmy docenić ich modus operandi według zasad: niezbyt wyszukanie, niezbyt drogo i bez przesadnych ambicji. Rezultatem była za to przeczesana papierosowym smogiem przyzwoita frekwencja, z rzadka pojawiający się uśmiech pani kelnerki i akceptowalne dolegliwości wątroby. Taka quasi-umowa społeczna w wydaniu czeskim. Gdy wszak przyjdzie nam z owym zjawiskiem spotykać się na co dzień, nasze ambicje idą odrobinę w górę, a i wątpliwy modus operandi bierze szlag. Zaczyna być trudno Czechów nie krytykować. Został brak przesadnych ambicji i wyszukania, niezbyt drogo za to powoli traci na aktualności. Z góry nadmieniam, że gdy w szeregu ustawi się paru wyliczających dobre czeskie knajpy, śpieszę z wyjaśnieniem. W Czechach dobrych knajp nie brakuje, sami w nich bywaliśmy, jest ich też znacząco więcej w większych ośrodkach miejskich. Z całego tego równania wychodzi jednak jedno, u nas w Polsce jest po prostu smaczniej.

Na pierwszy ogień poszła Hospoda u Prouzu w Zábrodí. Nie było żadnej głębszej refleksji przy wyborze, przejeżdżaliśmy obok, waliło tam tłumnie sporo wiary, ogródek piwny budził miłe odczucia. W zasadzie z bólem serca przychodzi mi krytyka, bo obsługa była przemiła, co traktowaliśmy jako zapowiedź przynajmniej akceptowalnego ”minimum”. Teraz gdy jeszcze spoglądam na menu, codzienne zmiany i ceny, budzi to zaciekawienie. W istocie wyszło tak, że kelner pracował za karę, gulášová i hovězí wystosowały dramatyczny apel o jakiekolwiek właściwości smakowe, a smažený sýr został – tu w zasadzie nie jest to zarzut w Czechach – wyjęty z zamrażalnika i wrzucony na patelnię. Limčo i kofola z sentymentu nie mogły już wrażeń uratować. Chwilę po nas przyjechał mały kolarski peleton pięćdziesięciolatków. Na twarzach radocha, w nogach pewnie z kilkadziesiąt kilometrów. Nurtowało mnie co innego – czy ich fizyczne zmęczenie godzinę później zliberalizuje ich spojrzenie na to, co w siebie wsunęli. Chyba już przywykli.

Kilka dni później odwiedziliśmy Hotel Holzbecher w miejscowości Zlič . Sądząc z zewnątrz liczyliśmy na minimum jakości, a mieszkając w pobliżu, nigdzie dalej nie chcieliśmy się zapuszczać. Było gwarnie, na piętrach hotel, w typie miejsca bez kącika dla štamgasta. No i kolejny dzień świstaka. Gnocchi podane na obskubanym głębokim talerzu, kapusta o kolorze polskiego bigosu w towarzystwie pięciu knedlíków i wstrętnego wieprzowego gulaszu. Zadziwia przy tym co innego. Gdy spojrzeć na codzienne menu, różnorodność aż prosi się o refleksję, że kucharz coś tam próbuje. Nic bardziej złudnego – przyjmuje że jakaś pozycja z tych paru tuzinów potraw w menu może smakować, choć w zasadzie to wykluczam.

Jest jeszcze trzecie miejsce na naszej lokalnej mapie tuż obok polskiej Kudowy- Zdrój- Hostinec na Králíku.  Gdzieś we wsi Zblov, dwa kilometry od Ratibořic. Z całej trójki wypadł najlepiej. Z zewnątrz raczej miłe wrażenia, w środku ”czeskie” obrusiki i stara wykładzina etc. Na talerzu lądują Pavlišov ( Vepřový řízek, houskový knedlík, bíle zelí) oraz Kuřecí řízek. Porcje są duże, ceny mieszczą się w medianie, do tego na zdjęcia powraca kolor. Wieprzowina przypomina domowego schabowego spod ręki zakochanej w swoim wnusiu babci, gdy ilość mięsa jest punktem honoru. Do tego niczego sobie kapusta i słuszna porcja knedlíków. Te oczywiście pochodzą ze sklepowej lodówki, czego kelnerka nie zakłamuje. ”Wszystko robimy same, ale na to już czasu dziś nie ma(…)”. Na pytanie o Svičkovou załamują chwilowo ręce, w aktualnym planie pięcioletnim nie przewidują. Poczułem się jak po próbie pytania o kuchnię molekularną w gliwickiej, nieistniejącej już dziś restauracji Oaza. Obsługę spotkałoby pewnie podobne zdziwienie.

W naszej wędrówce po okolicy był jeszcze jeden lokal klasy wyższej. Nie ujmiemy go jednak, bowiem tekst w swym zamiarze miał być tendencyjny, a całości niech dopełnia kuchnia na pobliskim polu namiotowym. Przypominam sobie sprzed lat Budišov nad Budišovkou, Pečená kachna bramborový knedlík a červené zelí, potem zakupiona wcześniej Frankovka z ołomunieckiego ”tanku”. Wszystko to powoli odchodzi. Tym razem Česká Skalice kazała wysłać najpierw saperów, bo nie licząc wędzonej makreli, wszystkie te kulinarne kramiki bez wyjątku można by śmiało zdetonować bez straty dla kultury kulinarnej. Czara goryczy przelała się wraz z Pilznerem w plastiku z nędzną pianą za blisko 50Kč. Odwróciłem głowę komunikując panu za barem, by nie robił sobie jaj.

W Czechach można dobrze zjeść, można też zjeść niedrogo,  czasem może i to się nie uda. Często można też sentymentem i niską ceną przykryć obiektywne niedostatki. Najczęściej ostatecznie otrzymujemy jednak chwilę przeciętności. Ta ubrana w jeszcze większą przeciętność załamuje, bo nikt tu już nie sili się na pozory, a wątroba te eksperymenty tak czy siak musi przetrwać.

p.s. Tuż obok w Kudowie-Zdroju mieści się Bar Mleczny. Jego naturę by nie komplikować oddaje nazwa – Bar Mleczny. Trudno nie trafić. W środku schludnie, a panie wydające dania stać na uśmiech. Są klopsiki, śląskie kluski, schabowy, leniwe, barszcz ukraiński, pełen wybór surówek, znajdzie się i coś dla wybrednego bajtla. Wszystko świeże, wydawane bez poślizgu, a ceny zniesie kieszeń każdego turysty.  Po co to komentować.

p.s. Załączone zdjęcie należy traktować bez litości, tandetność była jego intencją. Dzieci mogą dorysowywać knedlíkom wąsy i genitalia, robić z niego wycinanki, tudzież używać do robienia papierowych kulek. Wskazane jest też robienie transparentów politycznych o niewybrednym charakterze.

Z innych wpisów polecamy: Winiarnia u Czecha czyli mocny lokal na mocną czwórkę, Marlenka czyli tego nie można nie znać, Czyli po prostu smażony ser z domowym sosem tatarskim, Sztafetki czyli po prostu kokosowo –kawowy retro smakołyk, oraz Czyli Dizajn także po czesku.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz