Non-stop lahůdky czyli uśmiechnięty Mirek Krobot z kapitalną filmowo-życiową pointą

Non-stop-lahůdky. Jan Hřebejk
0

Nie przepadam za kategorią: aktor charakterystyczny. Specyficzny, surowy, oszczędny w środkach, to ten sam rozdział, a potem zbyt często wychodzi na scenę plastikowe spojrzenie sprzęgnięte z niezasłużenie dobrą prasą. Taką osobą był dla mnie Mirek Krobot, aktor, reżyser i do niedawna jeszcze artystyczny dyrektor Dejvického Divadla. Tu jednak problematyczna pozostaje bogata twórcza droga Krobota. Gdy odchodził z Dejvického Divadla, aktor tego teatru, David Novotný, uznał dalsze  trwanie tam za bezsensowne, i choć tak radykalny był jedynie on, wszyscy w tym teatralnym zborze Krobota szanowali. Dalej blisko za nim idzie Krobot-reżyser, niedoceniona Díra u Hanušovic, Čtvrtá hvězda i autoironiczna Zkáza Dejvického Divadla. W czwartym odcinku grając siebie karmiącego przed samym teatrem gołębie i chwilę będąc nagabywanym przez Ivana Trojana i Martina Myšičke, postanawia wyreżyserować bubla o sprzedaży garnków emerytom. Skoro odchodzi, co mu szkodzi, że wyjdzie hucpa. Hucpa była tam, dla widza wyszło błyskotliwie i z pointą, a że aktorzy grali sami siebie, plany się subtelnie przenikały.

Bo z nim jest tak, że Krobota nie można powtórzyć, czy zbudować z niego anegdoty, Krobota można tylko zrozumieć, a wtedy rozbawienie uaktywni się na dłużej.

Na koniec pozostał aktor charakterystyczny, choć i tamci dwaj byli diablo charakterystyczni.   Aktor Krobota jest minimalistą i żaden z niego Hamlet, ale jeśli przejedziecie wzrokiem po filmach jakie tam są, legendarne obrazy nie są wyjątkiem. Czasem prawdziwe perełki, czasem też te filmy, które artystycznie nie brylują, ale wszyscy pamiętają je przez lata. Bąble z piwa i emerytowany mąż pewnej sfiksowanej na punkcie uchodźców wariatki i Příběhy obyčejného šilenství. Jest i wycofany były rockman u boku zlewaczałej etnowariatki w obrazie Revival. W obu pasywna zgoda z rodzaju “tak musí być” wpisuje się doskonale w jeden z wielu modeli rodzinnej toksyczności. Jest epizod z Účastnící zájezdu i kierowca autobusu z nieszczęsnymi plastikowymi kubkami.

Zawsze był w tych filmach na miejscu, nie irytował, lubiliśmy go. Teraz jednak pierwszy raz się jowialnie uśmiechnął. Seria nazywa się Jak si nepodělat život, a mimo widzianych trzech z czterech części, wiem że widziałem tę najlepszą. Mam do Jana Hřebejka słabość, której nie nadwątliły nawet trzy części Zahradnictví z tą sztuczną modernistyczną willą wśród pustego obrazu. I w zasadzie mimo iż, takich deklaracji nie lubię, od czasu Učitelky, nic równie dobrego Hřebejk nie nakręcił.

Ludzki oktet, praskie Nusle i ten nie najszczęśliwszy most zwisający nad nimi. W środku zaś ludzie, którzy nie wszystko w swoim życiu dopowiedzieli. Non-stop lahůdky,  czeskie podlane majonezem bądź przykryte zwiniętą szynką specjalności i człowiek. Przychodzi do niego młoda “pointa“, coś zamawia, zaczynają rozmawiać, przychodzi druga pointa i kolejni bohaterowie. Wszystko kameralnie zamknięte w paru skrzyżowaniach, jak za starych dobrych Pelíšek i jednej kamienicy z ogrodową antresolą. Tu i tam znakomita muzyka, nieśpieszna kamera dająca dodatkowe duchowe życie tym, których inaczej minęlibyśmy bez słowa. Są przeciętni, grają nie swoje role, bo swoich unikają, a dalsze pointy – każdy ma ich tam po kilka – nie niosą postępu. Zbyt dużo udawania, by móc to na raz zmyć. Uciekinierka, nudziarz i jowialny dobroduch w jednym, żona nudziarza, młody gówniarz, rewizor, cwaniak od karaoke, bezdomny i właścicielka podłego piwnego kramu. Wszyscy ruszają w podróż wprawieni w ruch socjopatyczną grą uciekinierki. Pięknie na siebie zachodzą, pięknie zachodzi na siebie pejzaż tej nie najlepszej z praskich dzielnic, pięknie dogrywa wszystkiemu Zuzana Navarová. O detal się nie martwimy, bo nie licząc funcjonalistycznej willi w Zahradnictví, Hřebejk lubi grzebać się w szczególe. Wychodzi rozkosznie, nie ma fałszywych nut, komizm godzi subtelność i ironię, a Krobot się uśmiecha. Gra pasywnie, odkrywając ciąg kart mających wywrócić wszystkie niewykazane jeszcze w zestawieniach duchowe potrzeby. Cały ten oktet nie zarysuje żadnej drogi, nie jest wyraźny, a przecież pięknie opowiada życie. Non-stop lahůdky  to jedno z najwdzięczniejszych filmowo-estetycznych doznań kilku ostatnich sezonów czeskiej kinematografii. Jest tym czym może być film,  a nigdy nie będzie książka. Zresztą osądźcie sami.

Z innych wpisów zapraszamy do lektury: Miód albo jak chciałam się bzykać z Tomaszem Schimscheinerem czyli Tomáš Svoboda namieszałSalto w tył, Teatr Ludowy i Ota Pavel czyli czeskie marzenia się spełniają, Pepiki Mariusza Surosza czyli kanon ze specjalnym przeznaczeniem dla polskich lentilków, Browar Ossegg czyli dwunastka w wymarzonej cenie i konfiguracji, oraz Restaurace Severka i Dycky Most czyli czeski odpał na całego.

Photo © Česká televize / Pavla Černá

Dodaj komentarz