Czyli w Czechach nie tylko bywa miło

Hukvaldy
2

To były trzy miejsca z mapy szybkiego trzydniowego wypadu pod namiot. Kraj morawsko-śląski, Landek Park i to co lubię najbardziej, porażająca bliskość miliona punktów na czeskim niebie, które w moment mogę zobaczyć. Każde z tych miejsc to inne oczekiwania, inna stylistyka, choć ostatnie to już zupełne zaskoczenie, a te bywają najlepsze. Uczciwie mówiąc nie będzie jednak tylko miło.

Restaurace u Rady, miejsce gdzie wiele lat temu piłem pierwsze rżnięte piwo(řezané pivo) to mój pierwszy kulinarny punkt dnia. Były oczekiwania, wspomnienie któregoś z czeskich klasyków, poprawny wystrój, nasz pies siedzi pod stołem, chciałem to koniecznie powtórzyć. Dodajmy, to nie jest hospoda rodząca dylemat o rocznik oleju na którym się smaży. Ten wehikuł został zbudowany na dużo lepszej płycie podłogowej, więc chciałoby się, by wcisnęło w fotel odrobinę mocniej. Zamówione soczki, niezrozumiały brak zainteresowania kelnerów Bożym światem, a potem już tylko dwa uderzenia, w serce i w żołądek. Poprosiłem o gulasz wołowy z karlowarskim knedlikiem(Hovězí guláš a karlovarský knedlík), czego akurat w karcie nie było, a szczęśliwie mieli. Pierwszy strzał przychodzi po chwili, bowiem osoba obok, syta tego dnia ,poprosiła o opiekane ziemniaki(americké brambory). Kelnerka z ”czeską” empatią poinformowała, że takiego zamówienia nie mogą przyjąć, gdy ziemniaczkom nie będzie towarzyszyć danie główne. Konsternacja, odeszła, przyszła znowu, ponownie poprosiliśmy o to samo, niestety, właściciel przybytku nie wyraża zgody. Z  konieczności wzięliśmy smażony ser(smažený sýr).Potem oberwał żołądek, gdy towarzyszący gulaszowi posypanemu startym chrzanem knedlik, przywołał niemiłe wspomnienie šunkofleków, mimo że smakowo owe dania powinno dzielić wszystko. Być może to niezła knajpa, trzy kroki od Stodolní, być może można sobie tam sprawić niejedną gastronomiczną frajdę, ale numer z ziemniakami to skrzyżowanie obcesowości z arogancją. Nie interesują mnie powody właściciela, może rachował w papierach, coś mu tam wyszło, ja rzeczonemu lokalowi dziękuje. Przyszły czasy, gdy często za błędy wobec klienta płaci się słone rachunki. Restaurace u Rady powinna jeden taki uregulować.

 Restaurace u Rady Ostravahovězí gulás s karlovarským knedlíkemPunkt z numerem dwa to trochę inna historia, choć podobne przesłanie. W Landek Parku zanim traficie do muzeum, po lewej jawi się Harenda u Barborky. Nie ma tu złudzeń, będzie tanio, olej wymieniano dzień po filmowej premierze Pod jednym dachem (Pelíšek) Hřebejka, kelnerki mają odgórny zakaz uśmiechania się do klientów, nie podają też ponoć kuchni molekularnej. Korzystając z nomenklatury piłkarskiej, to taki zespół, co nie wychodzi z grupy, zawsze jednak można pozostawić po sobie dobre wrażenie, ot Iran choćby. Tu niestety nie wystawiono nawet pełnego składu jedenastu piłkarzy, a rękawice bramkarskie założył, jak się okazało, szef masażystów dumnych Persów. W Harendzie nie obsługuje się w ogródku na zewnątrz. To do mnie trafia, liczba uciekinierów z niezapłaconymi rachunkami musiała zatrwożyć, a gdy trudno gonić nie wiedząc że uciekł……..Kolejny gag to porcja dziecięca tylko dla dziecka ”pod rygorem więzienia”. Ja nie wiem kto im to wymyśla, ale trzecia tercja to już absurd absurdów. Waldemar Łysiak kiedyś napisał o takich przypadkach, że nie wymyśliłby tego Mrożek z UNESCO nawet po pijanemu. Kelnerka podeszła do bawiącej się kamyczkami przy jednym ze stołów kilkuletniej dziewczynki, każąc jej te kamyki usunąć, bo to nevhodné. Nevhodné zdaje się jest, że takie lokale jeszcze dzisiaj mogą funkcjonować. A jednak.

Doświadczenia ogółem niemiłe, po nocy wtop nastał jednak dzień i miejsce, które zareklamuje każdemu z czystym sercem. Odwiedzałem zamek w Hukvaldech, przyszedł czas by coś zjeść, a wracając na parking kątem oka objąłem kramik z ceramiką Keramika Zdenica a obok Restauracja i pensjonat U námořníka. Samo U námořníka już zbija z pantałyku, Czesi, morze…W środku jednak rękodzieło gdzie nie spojrzeć, lale, drewno, metal, glina, rzeczy duże i małe, zgrabne suweniry i większe ustrojstwa z rewiru ogrodowych saren. Te ostatnie rozumiemy, by przetrwać należy schlebiać wszelakim gustom. W środku starsza miła pani, historia zaczyna przyśpieszać. Rozmowa nabiera tempa, schodzi na Polskę, Pani od piętnastu lat jeździ do Jastarni, kocha polskie morze, targi gdańskie, Półwysep Helski, córka studiowała polonistykę. Przekonuje mnie, że Czesi zaczynają doceniać Bałtyk, ja trochę nie dowierzam, w głowie przecież stereotyp z Chorwacją. Pani mówi dużo, ciekawie, na chwilę przerywają inni klienci muszący podnosić rękę, by móc o coś spytać, jak za żakowskich czasów. Trochę to wszystko trwa, wybieram, zmieniam wybór, wyprawiamy dalej. Pani na koniec daje mi  rabat, dorzuca lalę w cenie czegoś mniejszego, coś szwankuje terminal, nie obejdzie się bez gotówki. Na koniec kilka zdjęć i miła rzeczywistość przechodzi we wspomnienie. Wrócimy na pewno, starszej pani tymczasem życzymy wiele zdrowia. Powrócimy niebawem.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *