Kar Miloša Urbana czyli kanibalistyczne Karlowe Wary

Kar. Miloš Urban
0

Kar Miloša Urbana to dość specyficzny w ogóle, choć już nie w kategorii Miloš Urban,   hołd-hybryda złożony miastu, w którym się wychował autor. Karlowe Wary bowiem przynoszą mu zgorzknienie swym obecnym kształtem, ale też są na tyle jeszcze poznawczo  ciekawe, by tam wrócić.  I.P Pavlova, oglądany z okna co dzień brutalistyczny Hotel Thermal, sporo życia, sporo przeczytanych książek i hybrydowe alter ego autora.

Jak Miloš Urban to kreśli, Karlowe Wary nigdy nie powinny mieć statusu miasta, a myśliwski zamek, kobiety z sanatoryjnym potencjałem przyciągające samego Goethego, czy „aksamitna“ część jego historii ze ruskim petrodolarem w tle, czyni je tworem potwornie powierzchownym. Jak w końcu ocenić miejsce zrodzone jedynie dla przyjeżdżających i bez miejsca na prawdziwie miejski żywioł.  To musi budzić niesmak autora, to również pewnie przywiodło go do napisania tej książki. Uwielbiam Hastrmana, Lord Mord ze swoją chemią czyni mnie wielkim admiratorem talentu Miloša Urbana, ale Kar niestety wyszedł mu już słabiej

Julián Uřídil – bohater Kara –  powraca po latach do Karlowych Warów w chwili zupełnie  bezprecedensowych zbrodni, gdzie niosący śmierć ponosi ją i sam, chcąc czym prędzej pozbyć się nieznośnego ciężaru życia. Ten kanibalizm i potworność opisu, mętna gadanina frustrata-humanisty zatopiona w alkoholu i los spajający rozwikłanie tej zagadki z nim samym,  wydają się mocną konstrukcją dla Kara. Przeciągana „chemia” Urbanowych zdań, pióro porażającego dreszczowca w porażającym swą nicością mieście – te grają razem dość dobrze. Są świetnie podane gdzieś na boku greckie mity, czasowe płynące żółcią i migreną autorowe jestestwa i biesy. Jednak klimat jaki choćby stworzył w książce Lord Mord – tu oczywiście inny –  wydaje się tym razem nie wystarczać. Architektura książki „rosyjski ślad”, przewlekane spacery i powroty, spuścizna dziecięcego życia w tym rosyjskim mieście i splot wydarzeń mocno nadwątlają wartość Kara. Mamy zbiór kilku przedziwnych postaci. Mariela Taufer, Technik, Makro uszczuplają fabularnie możliwość kontynuacji, i nawet jeśli literacko Kar nadal cieszy czytelnicze oko, czegoś brakuje. Płyniemy flegmatycznie za autorem, znosimy dość spektakularną brutalność opisu i zamyślamy się, co dalej. To dalej jednakże nie napawa optymizmem, a im bliżej końca, tym formuła Urbanowych odlotów ustępuje pewnej zmianie. Trochę to ze skrzyżowania politycznej fikcji ze stojącymi w tle politycznymi kuglarzami i niestety zawodzi naszą ciekawość.

No cóż. Ogółem  Miloš Urban sponiewierający strachy z dzieciństwa lekturą serii dreszczowców to wielka osobliwość. Gdy posłuchać wywiadów, bije od nich niedzisiejszość, spokój, trochę nieśmiałości i spora erudycja. Gdy wstępujemy zaś do krainy języka pisanego, a przecież autor z językiem pracuje i przy tłumaczeniach, dodałbym dość duży językowy pietyzm i zręczność. To wszystko czyni ciekawym i Kara, ale chyba zabrakło cierpliwości w wyznaczeniu fabule kierunku i granic. Być może przeszkodził również osobisty stosunek do tego wymarłego miasta. Tak czy owak, polecamy.

Z innych wpisów zapraszamy do przeczytania Boginie z Žítkovej czyli o morawskich felczerkach ludzkich duszZostańcie z nami Marka Šindelky czyli osiem opowiada w bezruchuCzyli Dizajn także po czeskuPolskie tropy Inwazji na Czechosłowację czyli z dziejów smutnej czeskiej ósemki, czy Jarosław Kaczyński czyli polska polityka z czeską diakrytyką.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz