Jaromír Nohavica czyli bard po czesku

nohavicapisenpromaloulenku
1

Jaromir Nohavica to dzisiaj w Polsce figura powszechnie znana. Nie dziwi to, dwóch polskich głośnych bardów w osobach Kaczmarskiego i Gintrowskiego nam odeszła, a na horyzoncie zastępców brak. Jednocześnie odszedł trochę klimat dla Jacków i Przemków tnących w struny gitar, że aż strach. Solidarność, ta już była, powzruszać się Polak lubi okazjonalnie, czasami jeszcze można odstawić misterium Pańskie z bąkiem w fotelu. Ale tak jak mówię. Czasami.

Wtenczas na scenie pojawia się wąsaty Czech i zaczyna swój romans , tu rzuci parę zdań po czesku, tam popisze nienaganną polszczyzną, zagadnie grubszą panią w trzecim rzędzie, kogoś też zaangażuje do tłumaczenia swoich tekstów na żywo. Wyczuje też wnet potrzeby publiczności, i mimo wcześniejszego przygotowania repertuaru,wszystko zmieni, tak by nikt nie wyszedł zawiedziony. Jest w tym też rubaszny, a i czasem patetyczny. Raz coś da dzieci i raptem parę słów, jak w piosence Samuraj (….Tan tan tan orangutan tan tan tan na propan-butan ….). Klaszczą i przekrzykują się wszyscy razem z panem w muszce w ostatnim rzędzie. Pan w muszce pewnie tego dnia uśmiechnął się pierwszy raz od kwartału. Nie wiadomo kiedy, zacznie Danse macabre jak podczas sławnego koncertu w Ostrawie w 2006r. Wśród publiczności emocjonalna sauna, a tu gitara przestaje grać, a artysta prosi o brak oklasków i wyczucie chwili. Żadnych zgrzytów i wszyscy chowają rozpalone przed chwilą emocjonalne race do kieszeni i nastaje cudowna cisza. I tak nieustannie , raz bardziej folkowo, raz wzniośle, tu śmiech, tam łezka. Żadnych akcentów nie jest za dużo, a proporcji nigdy nie gubi. Jak z wprawioną w zawodzie doświadczoną kucharką, wszystko w głowie i w sercu.

Najlepsze, że w tym wszystkim nie pojmuję, co w nim widzą Polacy. Jest tak różny od tego, co znamy, i  też bardzo odbiega od naszych o nim wyobrażeń. Po prostu wypełnia pewną wielką artystyczną dziurę w Polsce,i stąd, mimo że nieprzeanalizowany, zdobywa polskie serca.Wiem za to, co lubię w nim ja i stąd ten wpis na blogu. Widziałem Nohavicę trzykrotnie, raz też udało mi się z nim zamienić parę słów. Jedno co w zasadzie przychodzi z marszu, to niebywała skromność tego człowieka. Zapytałem o utwór Píseň pro malou Lenku, uśmiechnął się, coś odpowiedział, nic wymuszonego. Wcześniej znosił dzielnie próbę okiełznania szwankującego aparatu fotograficznego przez pewną kobietę walczącą do utraty sił o zdjęcie z nim. Ale sobie nie myślcie. Od fanów stroni, nigdy też nie pozwala zbytnio się do siebie zbliżyć. Kwestia natury, którą chwilowo poskramia, biorąc sprawy poza-koncertowe za zawodową konieczność. Po prostu milion razy odpowie na to samo pytanie, by już żadnego dalszego kabotyństwa nie musieć uprawiać. Dla ciekawskich jest też parę tematów, którymi byście go rozpalili . Sport, garść refleksji o polskiej poezji, stara talia kart kupiona gdzieś na pchlim targu. Inaczej nic nie wskóracie.

Natknąłem się kiedyś w bardzo przeze mnie lubianym czeskim magazynie Reporter na relację Tomáša Poláčka, dyżurnego autostopowicza pisma, z ich wspólnej podróży do Anglii i Irlandii ,gdzie Nohavica występował w ramach krótkiego tournée. Gdy chciał Nohavicę namówić na parę nowych pozycji w kalendarzu tuż przed koncertem ten odparł: „Tomku, być może to brzmi patetycznie, ale przyjechałem po to, by wieczorem zagrać dziewięciuset ludziom, którzy się cieszą z koncertu. Wstęp kosztował trzydzieści trzy funty, i jedna sprawa to moje radości, a druga potrzeba zagrać tak , aby sobie powiedzieli: warto było…”

Ten mój pierwszy koncert był jednym z dwóch po sobie granych w Katowickim Teatrze Korez. Nohavica się spóźnił do czego miał pełne prawo, był to bowiem czas powodzi przez które musiał się przebić, jadąc z rodzinnej Ostrawy. Wszedł na scenę bez zbędnej celebry, podpiął gitarę i się zaczęło. Uśmiech, parę słów o drodze, która za nim i krótka refleksja, skoro powódź to być może woda. I poszło tak.

” …..K našemu domu přišla voda
z neděle na pondělí pozdě v noci
já už spal
k našemu domu přišla voda
zazvonila a hned dobrý večer
můžu dál…”

Temat wody pociągnął i dalej, a skromne progi Teatru Korez odpłynęły z zachwytu. Pośpiewał, pożartował,poprzymilał swoją uroczą polszczyzną, wyuczoną bez udziału podręczników i nauczycieli, a podążając, wers za wersem po polskich poetach. Zrobił też to, co prawdopodobnie robi, gdy wśród publiczności dostrzeże trzydziestolatków, zagrał coś z wydanej w 1994 roku koncertowej płyty dla dzieciaków pt. Tři čuníci. Dzieci tamtych czasów to byli ci trzydziestolatkowie. Chyba zapomniał też, że jest w Polsce, gdzie utraciło to swój sens, choć te utwory ”chwytają” mu zawsze. Jeśli tylko Wasz dzieciak nie wymawia ”r”, żadnych logopedów, a Metro pro Krtky, utwór z tej płyty. Na zakończenie były chyba trzy bisy, i już tylko uśmiechnięte gęby opuszczających skromną salę Teatru Korez. Potem jeszcze były dwa dalsze koncerty, i choć Jarek spisywał się świetnie, tych emocji mi już nie dały. Jak ze wszystkim, filmem, miłością, książką. Na początku smakuje najbardziej.

Dla ciekawych Jaromíra Nohavicy w zalewie z ogórków kiszonych zapraszam tu.

p.s. Zdjęcie Jaromíra Nohavicy pochodzi z filmu Rok ďábla, gdzie utwór Píseň pro malou Lenku by zagrany dwa razy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *