Jaromír Nohavica czyli w zalewie z ogórków kiszonych tym razem

nohavicakoncert
0

Jaromír Nohavica w Polsce regularnie koncertuje już z górą dwadzieścia lat. Wcześniej jeszcze Festiwal Niezależnej Kultury Czechosłowackiej we Wrocławiu w 89 roku, gdy u nas królowała Joanna Szczepkowska, do nich zaś listopadowa rewolucja zmierzała szybkim krokiem. Tu mała dygresja. Spośród czwórki bardów czeskich(Jaroslav Hutka, Vlastimil Třešňák, Karel Kryl i Nohavica), którzy podówczas dotarli do stolicy Dolnego Śląska, jedynie ten ostatni nie wylądował na emigracji. I niestety, gdy odkryje się karty jego współpracy z StB, gdzie z kapitanem tejże służby, Janem Liberdou, paplał na lewo i prawo, próbując ten moralny dylemat ustać, znajdują wytłumaczenie trochę wcześniejsze lata jego życia. Potem były występy i spotkanie z Jackiem Kaczmarskim w Cieszynie, czy występy dla Telewizji Wrocław. Tytułem sprostowania jeszcze, jego utwór Jacek nie traktuje o Kaczmarskim, bo na wiosnę 89 roku panowie się nie znali, a Kaczmarski pływał sobie wtedy w Oceanie Spokojnym w przerwach między studiowaniem Adama Smitha, a korzystaniem z zasiłków socjalnych. Podsumowując jednak polski epizod Nohavicy z tego czasu, było tego jedynie trochę.

Dziś jest jednak zupełnie inaczej, jego strona internetowa prężnie działa, znajdujemy tam i tłumaczenia wywiadów, artykułów, zamieszczane są zapowiedzi koncertów. Taka tam zwyczajna praktyka współczesnych czasów, choć świadcząca że na horyzoncie koncertów, Polska mu się pojawia nie tak rzadko. Polubiła go radiowa Trójka, Černá jama ostatnio, a kiedyś tam jeszcze Minulost z płyty Tak mě máš zakosiły pierwsze miejsce u Niedzwiedzkiego. I tak się nam udziela ten Jarek, gdzieś porozmawia z Andrusem, gdzieś skoczy do empiku w poszukiwaniu poetyckich smakowitości, i sobie jest.

Jak jeszcze sprawdzimy mu drzewo genealogiczne i wyjdzie poza Ukrainą polski Śląsk, doszukamy, że w 81 roku wydał zbiór fraszek Jana Sztaudyngera, a Český Těšín i ulica Zielona którą zamieszkiwał do 99 roku były raptem kilkaset metrów w linii prostej od Wieży Piastowskiej, to będzie ukontentowany nawet polski nácek ( po czesku nazista). Trochę jeszcze kłopot z tym wąsem, ale kto by tam….

No i jak naturalizacja przebiegła i dokumenty nam się zgadzają, pojawia się paru drugoplanowych ról z dziwnie polskim zaśpiewem. Taki Antoni Muracki. Pewnie prywatnie miły gość, fajnie że potłumaczył coś z ”naszego Czecha”, podjął się czegoś, udało się zorganizować koncert, nie potępiam w czambuł.

No ale litości, w czasach przed 89 mógłby śpiewać po piwnicach, a dzisiaj powinien swoje ”talenta” zachować dla siebie. Te inne adaptacje na siłę nam podrzucane też nie wytrzymują ducha Nohavicy. Dokud se zpívá, Moje malá válka, Až to se mnu sekné i dalej, dalej, żadnej bliskości z bardem, żadnego ducha wschodnich Słowian w ich adaptacjach, jakby zapewne chcieli. Taki tam muzyczny epizod, trochę kurtuazyjnych oklasków, miła atmosfera i zapominamy. Z relacji bliskiej mi osoby, prywatnie miły i sympatyczny człowiek, Artur Andrus i jego Těšínská. Wskoczył na scenę, zaśpiewał i szlus, zamykajmy interes. I kolportują, drążą, zarobią parę dutków, Andrus pomyśli, że umie śpiewać….gra gitara. Sam Jarek w końcu dał mi stempel.

Przyglądam się tym”polskim nohavicowym strzałom” i światła prawie nie widać. Jest jedna jedyna Edyta Geppert i Sarajevo, bałkański duch i głos Pani Edyty nieźle zagrały. I może Tadeusz Woźniak z Mám jizvu na rtu(Mam ledwię bliznę), bo dobrze przetłumaczony tekst, a ”Zegarmistrz Światła” zaśpiewał to skromnie, nie na siłę i z wyczuciem całej refleksyjności tego utworu.

Na koniec fragment tłumaczenia pewnego utworu, tytułu nie zdradzam, zainteresowani skojarzą, dla innych bez różnicy. Fajnie i gites nie było, eksperyment się nie powiódł, a to że klepnął to Jarek i parę razy uśmiechnął, nie znaczy nic. Jest uprzejmy, ale to niżej….

…Gdy odwalę kitę
To będzie gites.
Cudnie, fajnie i gites,
gdy definitywnie odwalę kitę….”

Na miłość Boską. Przecież to jak katastrofa humanitarna, zgliszcza po wszystkich filharmoniach i salach koncertowych świata. A może inaczej. To rzecz której poezji, w tym tej śpiewanej, się nie robi. I chyba zawinił też sam Nohavica. Spolszczył się nam, przymyka oko, schodzi z linii strzału, tam gdzie Czech walnąłby między oczy i podsumował rubasznym śmiechem. Nie ma pupy, a jest czeska dupa Panie Jarku. Naucz Pan nas tego Hrabala jeszcze raz, bądź Pan sprośny, niech jebnie w tekście plebejskiej rymowanki, niech też ubędzie nam tej jednej koncertowej nocy po dziesięć, dwadzieścia lat….

Z innych wpisów zapraszam do Jaromír Nohavica czyli bard po czesku, Czyli takie rzeczy tylko w Czechach, Karel Gott czyli jak być modelowym oportunistą, Czyli dizajn także po czesku, Jarosław Kaczyński czyli polska polityka z czeską diakrytyką

Photo © Bohemia MP / Rostislav Šimek

Dodaj komentarz