Japończycy po czesku czyli jak oni nas wkurzają

Čínský Krumlov
4

Każdy kto choć trochę podróżuje, kojarzy ich fenomen, zawsze w grupie, zawsze wyuczone gesty, miliony zdjęć, pośpiech, kompletny brak asymilacji. To Azjaci, w tyle głowy świszczą nam jednak najczęściej Japończycy. Są obiektem żartów, mrówczy, nieempatyczni, niezrozumiali dla nas, kompletnie pozbawieni chęci zrozumienia czegokolwiek z tego, co zobaczą. Dodać wyuczony uśmiech, dygnięcie, Australia z kangurami, Stary kontynent – bez różnicy – i jeszcze może migawka z przysłoną w aparacie i mamy pełny profil osobowy. Prawdopodobnie też nas irytują, chyba niemal na pewno, przecież to już kilka dekad ich usilnych starań, powiodło się.

Czeski Globtrotter któremu prawdopodobnie obrzydło ciągłe nadstawianie gnatów, Tomáš Poláček, w sierpniowym wydaniu Reportéra przybliża Český Krumlov, miasto sen z listy UNESCO. Przy wszystkich historycznych uwikłaniach jest to miasto szczęśliwe brakiem zainteresowania historią w wydaniu wojennym. Nie zaszkodziły mu niemieckie rabunki, niedofinansowanie ”za komanču“. W kontekście Europy to niemal niezakłócony rozwój. A jednak coś się tam popieprzyło z nastaniem kapitalizmu, bo jakże w końcu tak okazałego kęsa nie sprzedać. Lokalizacja nie dająca o sobie zapomnieć, górujący zamek na skale, Most Płaszczowy, nienaruszona wielowiekowa architektura, meandrująca Wełtawa.

I o to przybywają, przeważnie nie przesypiają nocy, zjedzą, co im podadzą, wyciągną komórę na badylu, strzelą milion fot bez sensu, zapchają starówkę, by po wszystkim punktualnie stawić się pod autobusem i zniknąć raz na zawsze. Usługi marnieją, gamoń z daleka kupi przecież wszystko, zje, pomlaska i tyle go widzieliśmy. Życie tymczasem wróci dopiero do miasta z końcem sezonu turystycznego.

Sami też to , warto w tym wszystkim o szczerość, prokurujemy, łatwe dzięgi spływają szybciutko, trdelník sprzedany, nikt nie wystawia gęby przed szereg, bo po co komu głębiej i z sensem, gdy jest z pełną kabzą i to od zaraz. Niech tak będzie, paru mądrych nic nie wskóra, a rzecznik kasy miejskiej będzie zachwalał dzisiejszy stan. Ten fenomen, zawiniony przecież przez nas, bo ”Japkovej sad” to zjawisko wtórne, nie pojawił się jednak dziś. Przyszły może raptem komórki na kiju, Japończyk wcina wciąż to same piąte tchnienie oleju w Langošu, nieostatnie tego dnia, ale to tu już wszystko było.

Więc jeszcze z pozornie innej beczki, Ota Dub, ordynator, internista, a przede wszystkim człowiek starej daty. Pisze swych ”Profesorów”, mamy rok 85 i pobrzmiewa to tak: „Pierwsze rzędy obsadzili ruchliwi Japończycy. Przybyli tutaj całą grupą. Nagrywali na taśmy magnetofonowe referaty i komunikaty, wszystkie diagramy……Byli niezmordowani, czujni i pracowici…..Rozdzielili zadania między siebie, za każdym razem pracowała inna dwójka, nagrywający i fotograf, zapamiętali w działaniu, nie zważali na to, że przeszkadzają innym…….Jak mrówki! Wyskakuje, chwyta i błyskawicznie odnosi do mrowiska………” Odsączamy wiek autora, czasy, słowną elegancje, a wtem wychodzi czarno na białym – strasznie ci Japończycy wkurzający.

Z innych popełnionych tekstów zapraszamy do przeczytania Czyli o tym, że w Polsce nie ma lesbijek, Karel Gott czyli jak być modelowym oportunistąCzyli takie rzeczy to tylko w Czechach i Czyli takie rzeczy to tylko w Czechach vol 2.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *