Gottland czyli nie wiem co o tym Szczygle myśleć

Mariusz Szczygieł
4

Zupełnie nie wiem jak się za tego Szczygła zabrać, choć najzdrowiej pewnie należałoby od początku. Na karku mu podówczas było trzydzieści pięć lat , pojechał pierwszy raz do Czech i się zakochał. Zważywszy swój własny stosunek do Czech lokalizowany gdzieś między nabożnie a realistycznie, w pełni zrozumiałe. Jakiś wywiad z Vondračkową, łamana polszczyzna ”czeskiej instytucji”, czeski i jego śpiewność mu fajnie zagrały, nauczył się. Po roku miało być swobodnie, choć przyznam, ten přízvuk jest i był katastrofalny. A wiem, bo widziałem nie tak znowu stary odcinek Všechnoparty, gdy postanowił zaszokować i moderatora Karla Šípa, i publiczność, pewnie też siebie, a nade wszystko Boga w którego przestał wierzyć po czterdziestce. Šíp nie skumał, publiczność też, Szczygieł nie wiem, a za Boga wolę się nie wypowiadać. Czesi nie lubią tabu, cenią filozofię trzynastej komnaty, mogę sobie pozwolić.

Szczygieł, gdy zjawił się w tych Czechach pierwszy raz, jechał po pewne wyobrażenie, które z oczekiwania stało się spełnieniem i rzeczywistością. Melodyjnie, inaczej, liberalnie i bez Boga, gdy samemu zmagamy się z pewnym postulowanym przymusem. Idealny grunt pod projekcję. Polska małomiasteczkowa, babcie w zaklętej ”zafirankowej” rzeczywistości, chrzest z obowiązku, trzynastolatkowie na murku przykościelnym w niedzielę o 11, lokalny ksiądz ojcem pięcioraczków, purpurat lubiący małych cherubinków. Jak świat światem, warszawskie salony, czy parafia na podkarpaciu, tak bywa, a tezy o proporcjach na rzecz jednego środowiska kosztem drugiego są empirycznie puste. Myślę sobie, że ta ultrakatolicka Polska, jak ją maluje autor Gottlandu, nie upomni się o Boga, nie jest go znowu też tak wiele, subtelnie przykryje jakąś polityczną aferę, czasem pojawi się jakiś niemądry redemptorysta, czasem się popluje zbyt mocno Dziwisz, zapomniawszy o tym, że to nie on ma Parkinsona. Ktoś nam ten katolicyzm namalował, polityk z prawej przypomni, ci od oprawy meczów Legii pokrzyczą, a na koniec już nie w formie reportażu, gatunku bliskiego Szczygłowi, a pewnej narracji, dowie się o tym cała zachodnia Europa. Pana Mariusza jednak z racji jego homoseksualizmu nikt po ulicach Złotoryi, jeśli tam w ogóle bywa, raczej nie pogoni. Myślę sobie za to, że kibice paru czeskich drużyn piłkarskich śmiało by mogli, nie trudno sobie to wyobrazić. Może więc po prostu nie twórzmy w naszych głowach fundamentalizmów, bo zaczynamy z nimi później walczyć tworząc kolejne, a wtedy robi się już atmosfera nie na żarty.

Miało być konkretnie i rzeczowo, nie miało być miejsca na literackie fruwanie i poglądy. Tak ponoć podpowiadały Hanna Krall i Małgorzata Szejnert. Powstał więc zbiór reportaży, Gottland. I jest rzeczywiście surowo, język jest przedestylowany, a treść niemiłosiernie ”pokreślona” akapitami, choć ogólnie na pierwszy rzut oka nie wygląda to źle. Zaczyna się Batą, są Kubišová, Ottakar Švec ze swoim monstrum z Letnej, Lída Baarová, dla Polaka postacie szerzej nieznane. Wszystko to dla polskiego czytelnika nowe i oryginalne, a wokół przecież o Czechach się za dużo wówczas nie pisze. Dodaje to zapewne uroku. Nastaje również koniunktura na południowych sąsiadów, a uszczypliwy protekcjonalizm ustępuje pola liberalnym skojarzeniom, czy choćby sympatii dla ich kina. Dobry czas, fajne postacie, sporo strawionego w Pradze czasu, być może licentia poetica, jakaś doza prekursorstwa. Powstaje też pytanie, co było pierwsze, przejawy sympatii i zainteresowania Czechami, czy Gottland. Mnie przekonuje, że każde bez drugiego by przeżyło, Gottland bez Czechów też, bo po chwili nachodzi mnie refleksja, że gdyby ich nie było, autor by ich stworzył.

Przypomina mi się też anegdota z czasu studiów, gdy pewien habilitowany poczęstował studenta następującymi słowy – Pan nie zasługuje na dostateczny, ale zadecydowało za pana tło. Tu tła nie było, temat był nowatorski, sporo materiałów, interlokutorów, czasu. Pojawia się i inne pytanie, czy nadwiślański uczeń Hrabala, nie sięgnął po ”pražský příběh“, tę czeską manierę, którą fantastycznie zilustrował kiedyś Miroslav Donutil, by z czegoś, być może jakoś tam interesującego, stworzyć prawdziwy rodzynek. Choć mam pewne intuicje, one są dziś już nieistotne, a skoro wtedy dałem się złapać, wygrana stoi po stronie autora. Potem już bywało różnie, korzystając z szerszych źródeł, inaczej sobie odmalowałem samobójstwo Šveca, suche fakty o Kubišovej wydały się jak pod tezę, inna była Lída Baarová. Korzystając z Gottlandu czułem się już niestety tylko jak amerykański uczniak wertujący na projektorze archiwum prasowe. Przedestylowałem sobie to i wyszło mi, że książka jest zwyczajnie przeciętna.

Spośród przeczytanych opinii o Gottlandzie przeważają te dobre, choć nie tylko. Książka ich zszokowała, poraziła, była przemyślaną budowlą, kreśliła tragiczny obraz Czech włącznie z Vondračko. Książki szokują najczęściej, gdy nie jest ich w naszym życiu zbyt wiele, potem przychodzą zauroczenia, potem o nie coraz trudniej acz ciągle bywają, a na koniec człowiek zaczyna być refleksyjny. W czym tkwi przemyślana budowla z Batą od pierwszych stron i dlaczego akurat z nim ,też nie ogarniam. Tragizm Vondračkovej to dla mnie odlot na parę wieczorów, więc dzisiaj już może nic więcej. Wychodzi więc jak ze starą prawdą, że od kiedy papier przyjmuje wszystko, a przyjmuje od zawsze, wszystko można pisać. Paru jednak zdobyło się w tym krajobrazie na odwagę i zwróciło parę uwag. Co stało się dalej. Było pluralistycznie jak to w pluralistycznej Polsce. Przytaczano liczbę wydań, jak gdyby Danowi Brownowi miało to coś przydać. Potem podrzucono autorytet, Profesora Andrzeja Lama, ten coś tam popełnił na temat książki. Jest coś i z Lidových Novin, by na koniec otwartą debatę przypieczętować imputowaniem mu zazdrości i pytaniem – a dlaczego autor recenzji sam jeszcze nie napisał książki o Czechach?

Jaki jest więc finał tych rozważań? Gorzka refleksja dla pewnego medium, któremu ponoć nie jest wszystko jedno. Nie powinno być mu i wszystko jedno tego mikroautorytaryzmu, gdy jakiś tam anonimowy jegomość postanowi popatrzeć na ten cały ich literacki świat odrobinę inaczej. Tak czy owak, jeśli nastał w Waszych głowach jakiś zamęt, wyjaśniam bardzo pluralistycznie – kupcie Gottland – jak nie dla wzruszeń, to dla sympatycznego wieczoru, a jeśli i tak nie, by się o tym wszystkim przekonać samemu.

Zapraszam też do przeczytania recenzji Czeskich snów Pavla Kosatíka, czy O rodzicach i dzieciach Emila Hakla,   Jak Tata przemierzał Afrykę Oty Pavla, czy kafkowskich Świnek morskich Ludvíka Vaculíka. A jeśli nie książki to może coś o rozpadzie Czechosłowacji okiem Czecha.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *