Czyli znudzony pisaniem Emil Hakl.

O rodzicach i dzieciach
0

okładka ksiązki O rodzicach i dzieciach

Emil Hakl. O rodzicach i dzieciach. Spojrzałem na okładkę tej książki i naszły mnie obawy. Przeczytałem krótką informację z tyłu, dosyć niedbały opis zalatujący studentem strojącym się w piórka gryzipiórka w celach zarobkowych. Wcielenie haszkowsko-hrabalowskiej prozy, tu już zdjął mnie autentyczny strach, ten sam co  każe nie czytać kiepskiej literatury­­. Zupełnie jak z kiepskim piwem, czy winem, szkoda życia.

 Według wszystkich znaków na niebie i ziemi miało być więc źle. Takie mamy czasy, promocja czy tu szerzej rzeczywistość tworzy się sama, nagłówki, posty, symboliczne śmierci, geniusze czający się za rogiem, minus dziesięć stopni Celsjusza zimową hekatombą. Na takim to niestety niepoważnym świecie żyjemy. Sam Emil Hakl też dorzucił swoje dwa grosze, po dziś dzień nie może zrozumieć, skąd u ludzi sympatia akurat dla tej książki, były lepsze. Dręczą go też ciągłe powroty do niej przy przekładach. Znalazł ostatnio nową pasję, rzeźbę ceramiczną.

W książce jest burzliwie, intelektualnie bogato, sypią się jak z rękawa hrabalowskie opowieści. Gdzieś to wszystko utrzymane w sosie ”pražského příbehu”, rzeczywistość, mistyfikacja, anegdotyczne ramy zachodzą na siebie tworząc jedyną w swoim rodzaju jakość, którą  na świat może wydać jedynie Praga. I sam autor wyzna, że stolica Czech, własność Hrabala i Haška, spełnienie snów chcących być zawsze u siebie, gdzie rżnie się w karcięta, piwo, dobra jałowcówka, absynt leją się hektolitrami, to jedyne miejsce do życia. Wszędzie indziej po chwili czuje się obco. I tak obaj, ojciec i syn, zapadają w tę Pragę, zmierzają poprzez bałkańskie niedźwiedzie bez paszportów emigrujące do Słowenii, siepaczy ze Slawonii i Hercegowiny,bezzębne Sophie Loren, kelnerów w figach, wujków za którymi wianuszek kobiet, z zupełnie niewiadomych powodów. Padają pytania, ktoś się unosi, robi się nostalgicznie, czyjaś odpowiedź zaskoczy, wytrąci drugiego, zakręci się łza. Taka para z przyzwyczajenia, pozornie banalna sytuacja. Tylko razem są w stanie wypełnić ten comiesięczny higieniczny wysiłek. Może się kochają, syn pewnie cięzko zniesie odejście ojca, ale też źle znosi całą niedoskonałość ich trudnego życia. Zatli się żar, może tym razem powie coś więcej, coś się wyrwie, nie, jednak nie. Gdzieś jakiś lekarz zjadł ludzkie mięso i odpłynął. Są anegdoty i nikt z nich się nie śmieje, jest wewnętrzny smutek lecz brak jest łez.

Książkom nie słuzą ekranizacje, to bez dwóch zdań. Tu dochodzi do tego osoba autora książki wśród scenarzystów.  Pomyślałby kto że może uratuje. Wzięto dwóch niezłych aktorów z różnych filmowych pokoleń. Josef Somr, dyżurny ruchu z Pociągów pod specjalnym nadzorem Jiřího Menzla i David Novotný  z Teatru na Dejvicach to duże nazwiska. Przegadali cały film, przyłożyli się, pojawił się wątek kobiety, skądinąd pięknej, i to by było na tyle, bo znów się nie udało. Pewne książki, a nawet ich gros należy trzymać z dala od filmowców, mieszają niepotrzebnie w naszej wyobraźni.

Z innych recenzji zapraszam do przeczytania Przedawnienie Jiřího Březiny czyli jedynie sympatyczne 277 stronGrandhotel czyli samobójstwa proszę zgłaszać w recepcji, Boginie z Žítkovej czyli o morawskich felczerkach ludzkich dusz, Świnki morskie czyli Ludvík Vaculík w sosie z Kafki, oraz Ota Pavel czyli o sporcie jak nigdzie indziej.

Photo © Bioscop [CZ]

 

 

Dodaj komentarz