Czeskie sny czyli o Polsce dopiero do polskiego wydania

Czeskie sny
0

Czeskie sny Pavla Kosatíka to pozycja, którą czyta się z dużymi oczekiwaniami. Ostatecznie być może polski rynek wydawniczy oferuje coraz więcej książek o Czechach, czy też czeskich autorów, ale głównie jest to współczesna beletrystyka. Tu sądząc po opisie na odwrocie mieliśmy do rąk dostać esej historyczny zmagający się z czeskimi lękami i nadziejami. Idzie jeszcze coś o inwentarzu sąsiedzkich relacji i odwadze. Taka ”zajawka” nie może nie rozbudzić wyobraźni czechofila więc tenże przystąpił do lektury.

Zagląda do książki, zajmuje mu chwilę przebrnięcie przez przedmowę polskiego tłumacza książki, i myśli sobie – jest słabo. Nie domaga się maestrii Boy-Żeleńskiego, a jednak coś gryzie w oczy gimnazjalnym piórem. Myślałby kto, że to autor pisze a dzielny tłumacz, cóż, ten nie ma tego popsuć. Ale czy kiepsko piszący tłumacz może dobrze przetłumaczyć? Uczciwie dodaję, że nie znam oryginału, a jedyne co mam, to wrażenia z innych książek o Czechach, i konstatację o tłumaczu. Dużo i mało zarazem. Zostawiam Wam pod rozwagę.

Dalej szybkie spojrzenie na rewers książki, gdzie wydawca dorzuca nam dwie opinie o książce, a jakże, Mariusza Szczygła, i Łukasza Grzesiczaka. Ze Szczygłem jest ten problem, że pomny jego pionierskiej pracy na kierunku czeskim i mnóstwa radości z czytania o Saudku, Bacie, z czasem nabieram przekonania, że ten zanim do Czech się pofatygował po raz pierwszy, już wiedział co będzie pisał. Trochę to pewnie skaza Wyborczej, gazety bardzo zaangażowanej ideologicznie, a Szczygieł jest nieodrodnym uczniem tego medium. W związku z tym te wszystkie Gottlandy, Zróbmy sobie raj, nie odbierając im wartości poznawczych, są pisane tak jakby trochę pod tezę.

Jednocześnie, gdy wejść w temat Czech głębiej, zaczynają wygrywać własne doświadczenia, często bardzo odmienne od tamtych. Tu konkretnie pisze o potrzebie narodów, by czuć się lepszym od innych bez żadnego uzasadnienia. Nie wiem czy to jakaś metateza z którą występuje po lekturze pan redaktor, cholera go wie, tak czy siak, strzelił kapiszonem. Mogliśmy też czytać różne książki, tudzież pan redaktor nie czytał Czeskich snów wcale, licząc słusznie skądinąd, na pobłażliwość środowiska. Inaczej rzecz się ma z panem Grzesiczakiem popełniającym coś o imperialnych marzeniach Czechów pozwalających nam Polakom spojrzeć na nich z perspektywy szerszej niż Szwejk. Czesi, owszem, mają swoją wspaniałą i długą historię, ród Przemyślidów, ambicje Karola IV, Jana Husa i kaplicę Betlejemską, gdzie ten czytał swe kazania zanim go spalono, cezurę 1526 roku z Habsburgiem w tle, i wreszcie realizm, Jungmanowską walkę o język, ale skąd u diabła imperialne marzenia? Gdyby Czesi mieli imperialne marzenia wolna Czechosłowacja od 1918 roku daleko głębiej wychodziłaby poza swoje historyczne granice. Sam Masaryk z kolei mimo że, gdyby żył jeszcze w 38 roku, pewnie kazałby siodłać konie, 20 lat wcześniej wykazał się realizmem, któremu daleko do imperializmu. I rzecz druga. Skoro mamy wykonać trud wyjścia poza szwejkowo-knedlowe wyobrażenia i pokonać swój „polakocentryzm” z epicentrum historii świata zlokalizowanym zawsze gdzieś nad Wisłą, wybierzmy sobie lepszych recenzentów, bo ci coś strasznie plotą. Z dużym prawdopodobieństwem też książki nie czytali.

Co z samą książką. Autor z zawodu jest dziennikarzem, nie historykiem, co ja osobiście traktuję jako zaletę Czeskich snów. Czuć dzięki temu sporo mrówczej pracy nieprzesłaniającej ogólnego przesłania i szerszej perspektywy, a ta polskiemu czytelnikowi jest niezbędna. Zawsze bowiem łatwiej podążać za wiedzą zaczynając od ogółu. Bądźmy też szczerzy, ogromna część naszej polskiej populacji, jeśli już wyrazi zainteresowanie czeską historią, ograniczy się do zupełnie trywialnych pytań. Szczęśliwie po lekturze będzie na nie znała odpowiedź.

W Czeskich snach mamy strukturę ośmiu rozdziałów opisujących pewien rodzaj snu, zaczynając od tego o życiu bez Niemców, przez Słowację, Polskę, Rosję, ZSRR, Ruś Podkarpacką, Serbołużyczanach, by na koniec dorzucić ”plombę” o koloniach. Rozdział o Polsce powstał jako aneks do polskiego wydania, co samo w sobie jest już odpowiedzią na pytanie: co Czesi właściwie o nas myślą? Nie myślą o nas wcale i pozostaje się nam z tym pogodzić. Dalsze to wektory budujące świadomość historycznych uwarunkowań dzisiejszych Czech. Niemiecki wektor, to spór o genezę, kto był na tych ziemiach pierwszy, spojrzenie na czeskich książąt i ich niemieckie dwory i służbę wraz z niemieckimi żonami przynoszące niemiecki język, zwyczaje i kulturę agrarną, czy germanizacyjne zapędy Habsburgów. Bardzo ciekawa jest geneza z końca XIX wieku, gdy już nie tylko profeta wiedział, że wypędzenie Niemców Sudeckich to kwestia czasu czekająca jedynie na swą historyczną sposobność.

Słowak jawi się jako druciarz, brat w biedzie do którego, owszem, odnosimy się z sympatią, ale też odrobinę protekcjonalnie. Nic to Němcova, próby powrotu o trzy wieki wstecz celem stworzenia wspólnego języka, nawiasem mówiąc upiornego, czy sentyment do słowackiej przyrody, Czech swego brata nigdy nie będzie chciał zrozumieć.

Jest Polak nad którym Kosatík się pochyla z prostym pytaniem o to, jak możliwy jest ten emocjonalny ziąb przy całej tej historycznej i geograficznej bliskości obu narodów. Rozpisuje to chronologicznie, od Dobrawy i chrztu, jest spór o relikwie po św. Wojciechu, różnice od polskiego rozgałęzienia możnowładców których spajała krew, gdy w Czechach jak i zachodniej Europie panował centralizm. Jest sporo faktów o których zapominamy, choćby czeskie chorągwie pod Grunwaldem i cała sterta spraw których nie rozumieliśmy. Bo też może dziwić brak empatii wobec polskich zaborów, różny stosunek do Napoleona, czy złożony stosunek do dziewiętnastowiecznych polskich powstań, ale tylko tak długo aż zrozumiemy, że ich państwo już ponad dwa wieki nie istniało.

Tłumaczy autor również rusofilstwo od jego zrębów, gdy Czesi przeciw Napoleonowi zapędzali się na wschód, po polski mesjanizm niweczący ich panslawistyczny sen. Dzielił nas też realizm słowników, szkół i języka, który Czechom pozwolił na barkach polskich powstańców dostrzec tragizm walki zbrojnej i wyciągnąć z niego polityczne wnioski. Zresztą ów realizm wydaje się najbardziej fascynujący, Czesi bowiem szanowali nasze wysiłki powstańcze, nie pozostawali też obojętni wobec krwawego stłumienia Powstania Listopadowego, jednakowoż będąc skrępowanym skalą polskiego skąpanego w niepotrzebnej krwi szaleństwa. Autor dla równowagi nie zapomina też o Lesznie, jednym z najbardziej czeskim z polskich miast, o Masaryku z Dmowskim śniących o środkowoeuropejskiej wspólnej federacji. To wszystko jednak nie wystarcza, na koniec historia decyduje trochę za nas, a dwie polskie noty dyplomatyczne z 38 roku zaraz po Monachium, czy polska armia jako druga najliczniejsza w 68 roku, fakty dla Czechów bardzo smutne, to tylko epilog. Brzmi tak, byliście obok, powinniście być obiektywnie bliżej siebie, a nie byliście. Rozdzielały was bowiem prawa historii, i choć wzajemnych ran nie zadaliście sobie zbyt wiele i nie dzieli was zbyt wiele interesów, dalej będziecie szli osobno.

Sen rosyjsko-radziecki nam Polakom też powinien wydać się poznawczo ciekawy. Raj na ziemi, niezliczone i aranżowane po ostatni szczegół wyjazdy, nabite do bólu kulturalne programy, a na koniec powroty zauroczonych nowym lepszym światem. Rosja po dziś dzień trafia w punkt swoją propagandą, a gdy w tle pojawia się naród po 1871 roku tracący przywileje i rozmywający się w Austro-Węgierskiej magmie, zadanie wydaje się tym prostsze. Skoro jesteśmy już tylko prowincją, a autonomia pozostaje wspomnieniem, wyciągnijmy ręce do wschodniego brata. Ten nie próżnuje i nie szczędzi srebrników. Nie zmienia tu też czeskiej fascynacji jeden z drugim, NKWD-owski wybryk, mroźna Kirgizja, pociąg w jednym kierunku, a rzesze zafascynowanych potiomkinowską wsią zawsze się znajdą. Gdy na dodatek przychodzi zawód
Francją i Układ Monachijski, poza ZSRR nie pozostaje Czechom już nikt. Tragizm tego nieustałego oszustwa
Edward Beneš zrozumie dopiero przed śmiercią, a pragmatyczny wobec Rosjan Masaryk niestety nie będzie już żył. Młyny historii przy tym mieliły zbyt mocno, by ten zacny i wybitny polityk mógł jednak coś zmienić.

Pozostają jeszcze dwa sny. Międzywojenna Ruś Zakarpacka czyli szalona idea fix, by Czech-kolonizator przeprowadził te ziemię przez anarchię i biedę i ustanawiając niejasny statut autonomii w konstytucji z 1920 roku w dalekiej przyszłości zrzekł się tych ziem dobrowolnie . Ten potencjalnie pierwszy taki przypadek w historii nie mógł się jednak wydarzyć, a Czesi stracili te ziemie w 38 roku. Są jeszcze te nieszczęsne kolonie, szalony pomysł, by małe narody wcisnąć w Afryce gdzieś między wielkie mocarstwa, ale to już sobie akurat Kosatík już mógł darować.

Jakie więc mam wrażenia z całości Czeskich snów. Solidna to czwórka bez ambicji, by sięgnąć po więcej. Taki uczeń, co przeczytał, usiadł w ławce, zapytany wstał i odpowiedział, ale błysku w tym nie było. Jednocześnie nie możemy zapominać, jak ubogi jest w materii tej książki rynek wydawniczy. Z całą pewnością więc Czeskie sny wypełniają pewną lukę i mogą być dla polskiego odbiorcy użyteczne. Też nie mogę nie zwrócić uwagi na tytuł książki siejący trochę zamętu. Nie są to żadne czeskie sny, a rozparcelowana według kilku wektorów geograficznych i historycznych historia Czech. I piszę to tylko z racji tych, którzy rzekomo czytając Czeskie sny nie zaglądnęli do środka, a potem oddali się fantazji przy pisaniu recenzji. Autor bacząc na czasy w jakich żyje mógł tym pismakom nie komplikować życia. I jeszcze tylko dwa słowa. Cały czas jednak w głowie mam wyobrażenie o tym co przeczytam, co się jeszcze nie ukazało w Polsce, a co znacząco przerasta tę pozycję. Dixi.

Zapraszamy również do recenzji Zostańcie z nami Marka Šindelky, Jak Tata przemierzał Afrykę Oty Pavla , Białe zwierzęta są bardzo często głuche Ivany Myškovej . Dla zainteresowanych też Michal Viewegh czyli aortocelebryta po czesku, jak i Michal Viewegh i jego celebryckość częściowo kontrolowana.

Photo © czechypopolsku.pl

 

Dodaj komentarz