Czyli czescy Rolling Stones

zespół smoke
0

Mówili o nich czescy Rolling Stones, i to jeszcze w dobie gdy media społecznościowe i cały ten dzisiejszy przemysł medialnej przesady zaczął funkcjonować na dobre. Dziś by się takim kwiatkom marketingowym nie dziwił nikt, ale też nic by nie mówiły, bralibyśmy je z dobrodziejstwem inwentarza setek podobnych. Wtedy to jednak było coś. W 1972 roku jednak po czwórce chłopaków słuch zaginął. I tak aż do niedawna, gdy pewien producent zapukał do drzwi Alice Nellis. Czeska reżyserka szerzej znana polskiemu widzowi powinna być z hbowskiego serialu Pustina, o którym się mówi jako o jednym z najlepszych europejskich seriali ostatnich lat. Pomysł filmu Revival się Alice spodobał, sama też  studiując w Praskiej filmówce, dla draki i z młodości popełniła czeski powrót ABBY w blondperuce.  Stan błogosławiony wzmocnił u niej również poczucie, że to dobry czas, by zrobić coś o starości unikając przy tym patetycznego sosu.

Gdy kapela się rozpadała reżyserce był rok, szła następna normalizacja, a drzwi twórczych nadziei dla ludzi otwartych umysłów na długo się zamykały. Rok traumy 68 roku  miał zaorać Czechów równo, ale też wprowadził pewien fenomen. Tym  urodzonym już po tej dacie łatwiej było okiełznać ambicje, bo też nic jeszcze im życie szczególnego nie darowało. Ci urodzeni wcześniej mieli się gorzej, raz, musząc rezygnować, i dwa, gdy zastała ich Aksamitna Rewolucja. 89 rok, rok  burzliwych i bardzo różnorakich początków to nie był wymarzony moment dla rockandrollowca sporo po czterdziestce.  Zaliczyli więc dwie daty z których każda była życiowym kataklizmem. Jeden założył studio i nie umiał przetrwać w branży, drugi desantował się w stronę etnoklimatów, któryś realizował coś w teatrze, ktoś uczył. Wyobrażenia o swojej przyszłości mieli zapewne inne, choć też nie jest powiedziane, że to co robili było dla nich złe. Zwyczajnie niefortunną sobie wybrali datę urodzenia w dowodzie osobistym.

Mijają lata, studio ma upaść, pojawia się zły duch czasów, walka o przetrwanie, ciśnienie będące udziałem żony jednego z emerytowanych rockandrollowców. Pojawia się jeszcze ktoś, trochę signum temporis i historia zaczyna nabierać rumieńców, choć znowu nie aż tak gwałtownie. Nellis zaangażowała do Revival cztery ciekawe nazwiska, w tym mojego ukochanego mima, Bolka Polívke, dla którego jedyną rolą jakiej mógłby nie sprostać jest rola dorastającego dziecka. Rocznik 49, przebyta nie tak dawno bolerioza i życie na pełny regulator od kilku dekad  są tu jednak pewną biologiczną barierą. Czasami jest nim też współczesny film, mający mało do zaoferowania takim formatom jak on. Gra tu poczciwie na basie trzymając go, jak nie przymierzając, aparat fotograficzny. W ogóle mało ma z rockmana, życie go ułożyło, ma w sobie ten rodzaj skromności przychodzący wraz z życiowym stażem. Obok minimalistyczny Mirek Krobot z bagażem etnowariatki u boku( tu Zuzana Bydžovská), słowacki wulkan Marián Geišberg, i Karel Heřmánek, najmniej charyzmatyczny z całego grona.

Zaczynają się próby,blokująca całe przedsięwzięcie  etnowariatka idzie w odstawkę, a żywioł cenzurowany przez wiek pojawia się na nowo. Opróżniają kolejne butelki, któremuś nawet przyjdzie do głowy, że młodość jest tuż tuż, jednak to tylko pozory i stare niepozamykane rachunki. Każdy z nich w końcu chce pouprawiać trochę tego wyreżyserowanego oszustwa. Nie przeszkadza też śpiewający młodziak Vojtěch Dyk w roli syna basisty. Może to nawet element reklamy, by do pójścia do kin skłonić i młodszych, czy w zasadzie młodsze. Nie oburza mnie nawet zamieniona na Poland nazwa klawiszy pewnej renomowanej firmy. Życie jest zbyt emocjonujące, by kręcąca jeszcze w dziewiątym miesiącu ciąży Alice Nellis sceny plenerowe dorzucała powagi, w sumie jednak dosyć nostalgicznej historii. Jest też parę scen zabawnych, które rozśmieszą ludzi różnych pokoleń. Film autorom musiał sprawić sporo frajdy, miał coś opowiedzieć o starości, ale tylko w części. Miał tez sprostać wymogom komercyjnym. Stało się i tak. Nie utkwi w głowach na lata, krytycznie spoglądając wytkniemy mu sporo niedoskonałości, z chęcią też kiedyś doń powrócimy. Ostatecznie parę gachów ze ślepym perkusistą, czy goła Bydžovská  na scenie ( doczytałem, że to jednak nie ona) też powinny dopisać się do miło spędzonych w kinie chwil.

Z innych recenzji zapraszamy jeszcze do przeczytania tekstów: Czyli Czesi też mają swojego Seana Connerry’ego, Učitelka czyli bezapelacyjne arcydzieło Hřebejka, Czeskie kino doby normalizacji czyli bez propagandy ani ruszMacocha Petry Hůlovej czyli dzieje kury nioski od Harlequinów, oraz Dukla 61 cd czyli Czesi też się czasem kłócą.

Photo © Bontonfilm / Petra Ficová, Marianna Borecká

 

 

Dodaj komentarz