Cisza w Pradze Jaroslava Rudiša czyli z dziejów wielkomiejskich decybeli

Jaroslav Rudiš Cisza w Pradze
2

Jaroslav Rudiš i Cisza w Pradze przekonują do siebie stopniowo, potrzeba zwornika splotu urwanych życiorysów, który nadałby tej gadaninie myśli sens. Ten nadchodzi, uderza, czasami przygniata, w każdym razie na pewno nie napawa optymizmem. Kulturowy praski tygiel, ”nasrane” gęby wiecznie niezadowolonych w metrze, korki, zgrzyt, jazgot, to tylko antagoniści tytułowej ciszy. Jej jednak egzemplyfikacja to czwórka „powalonych głów”, „lokatorzy tego praskiego hałasu”. Praga nie daje im szczęścia, każe odnajdywać się na nowo, żadnych sposobności zmian, jeśli w ogóle tam jakieś były, stale wszystko rozmydla, relatywizuje by zabić upragnioną ciszę.

Oni tymczasem wałkują swoje życiorysy, coś nie gra, toczy niczym rak, zmiany nie nadchodzą, a hałas wciąż pozostaje. Cierpią cały czas na nowo na ”zelenkowski syndrom” wczesnych trzydziestolatków, chcą inaczej, lepiej, ale nie potrafią, bo koszta ich przerastają. Może lepiej by było na poważnie, na dłużej, z kimś, ale na życiową pointę brak im miejsca w CV.

Jest ich czwórka, mają popaprane w głowach, wielkomiejskie życie i moralność ich zjada, w głowach panoszą się setki myśli, czują przygnębiającą pustkę, kalkulują, markują ruchy. Ktoś wrócił z Lizbony gdzie bzyknął na boku, ktoś stracił żonę, innemu zerwał się ”film drogi”, gdy panna mu znika gdzieś w Europie i ląduje jako motorniczy praskiego tramwaju.

Popaprane życie się jeszcze bardziej papra, możeby tak z tym przygodnym żyć, może zadzwonić, może nie. Jednak hałas nadal przeszkadza, targamy sobą, a zamiast ciszy przychodzą kolejne brudne decybele. Gdy te na chwile się rozpierzchną , w głowie tli się myśl, lecz nie starczyło mu czasu.

Cisza w Pradze to efemeryda, jej po prostu nie ma, nie tu, nie w XXI wieku, świat oszalał i nic nie zapowiada tu gwałtowych zmian. Warunki brzegowe normalności dawno przekroczyliśmy i już tylko sobie dryfujemy.

Jest jednak wśród nich jeden, bardziej pomarszczony przez życie, traci żonę i mentalnie odlatuje. Swoje przesłanie ciszy dedykuje całemu miastu. Nie trafia do nikogo, a ktoś kto postanowił z kimś spróbować, odchodzi z kimś innym, bo tam akurat był.

Jaroslav Rudiš jest dyskretny w swej pisaninie, niby lirycznie mknie, strona po stronie, czasem uszczypnie pustką swego życiowego realizmu. Trochę jakby chciał być ze swymi myślami niezauważony, przemknąć, spleść całą te anarchię zrodzoną z anarchii życiorysów, by nam na koniec bez sumienia dowalić. Tak się też bez dwóch zdań staje.

Z innych recenzji zapraszam do przeczytania Przedawnienie Jiřího Březiny czyli jedynie sympatyczne 277 stron, Macocha Petry Hůlovej czyli dzieje kury nioski od  harlequinów, Zostańcie z nami Marka Šindelky czyli osiem opowiadań w bezruchu, Ota Pavel czyli Jak Tata przemierzał AfrykęIvana Myšková czyli Białe zwierzęta są bardzo często głuche, oraz Gottland czyli nie wiem co o tym Szczygle mówić.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *