Aleja Narodowa Jaroslava Rudiša czyli nie zawsze może być dobrze

Narodní třída
2

Aleja Narodowa, drukarski majstersztyk Jaroslava Rudiša, udanie rozciągnięty z jakichś 40 naciąganych stron worda do 161 słowa pisanego – i to jeszcze z okładką na zewnątrz – to jednak spore zjawisko. Ludzie dziś bywają zagonieni, każdemu jednak przyjemnie się jednak odrobinę ”ukulturwić”, by w razie sposobności błysnąć w towarzystwie. Kultura wychodzi naprzeciw brakowi kulturze, by na koniec się wyciskały w błogiej symbiozie. Takie czasy, buta nie zjesz, choć uwaga wcale nie tak znowu na marginesie.

Bo czy nie powinien odpalić wewnętrzny radar, gdy ktoś czytelnikowi wsuwa interlinie wielkości pomidora. Mnie to osobiście drażni i bywam potem już podejrzliwy do końca wobec samej zawartości. Tu dodatkowo niestety i pacyfista musi wytoczyć działa, bo książka jest słaba par excellence i trudno się nie pastwić.

Cała Aleja Narodowa jest jak te interlinie, tam za bardzo nic nie ma. Jest Vandam, chłopak bez szyi, spadkobierca ”rzymskich” tradycji, socjologiczne zjawisko blokowiskowych peryferii, zbiór pijackich mądrości ze swoim życiowym memento. Bełkocze, wyznacza światu swoje ułomne warunki brzegowe, kursuje na linii między blokiem, a gospodą, by obdzielać nas swoją ”ewangelią”. W stylizacji trochę jak Butch i zegarek w tyłku z Pulp Fiction. Tam jednak mieliśmy do czynienia z nowym zjawiskiem w kinematografii, własnym stylem z korzeniami w filmach klasy B, spaghetti westernach etc. Tam przełamano też parę wzorców artystycznych, tu zarobiono może tylko na nowy samochód.

Jaroslav Rudiš nigdy nie był geniuszem formy. Znał ulicę, blokowisko, socjalne peryferie, ”dźwięki” pokoleń, tudzież ukryte za różnymi maskami mikroświaty wartości. Był celny, dotykał istoty rzeczy, malował, układał bohaterom niezłe dialogi, w tle pokazywał różne zjawiska, jak choćby Niemców Sudeckich w Grandhotelu. Zwyczajnie dobrze się rozeznał w tym co umie i umiał się tym podzielić. Jednocześnie symboliczność jego literatury urastała wraz ze zbliżaniem się do końcowej ”klamry”, gdy z atomów myśli wyrastało coś namacalnego.

Aleja Narodowa niestety wyłamuje się z tej stawki. Vandam w świecie swoich karkołomnych myśli sprzęgających poczucie sprawiedliwości budzi językowe niedowierzanie. Zjawisko zdaje się mieć moc obdarzenia sobą być może radiowy reportaż, słuchowisko, felieton, książka  to już za wysokie progi. Monotonność, artystyczna kreacja, konwencja, pozbawione są treści i denerwują wymuszoną neurotycznością. Przełamuje jeszcze to niezadowolenie oniryczny i mroczny finał wraz z symboliką Listopada 89 roku, ale i z nią razem bije z książki pustka. Z innych wpisów zapraszamy do przeczytania Boginie z Žítkovej czyli o morawskich felczerkach ludzkich dusz, Zostańcie z nami Marka Šindelky czyli osiem opowiada w bezruchu, Czyli Dizajn także po czesku, Polskie tropy Inwazji na Czechosłowację czyli z dziejów smutnej czeskiej ósemki, czy Jarosław Kaczyński czyli polska polityka z czeską diakrytyką.

Photo © czechypopolsku.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *